Kilka dni temu dopadło mnie podobne odczucie - choć tym razem trafiło mnie bez porównania mocniej i boleśnie. Po paru latach przerwy postanowiłam uaktualnić sobie nieco wiedzę o nowym sprzęcie fotograficznym na rynku. Zaliczam się do grona zatwardziałych film-userów i fotografia cyfrowa interesuje mnie raczej średnio. Nic na to nie poradzę - możliwe, że zabrzmi to głupio i sentymentalnie, ale dla mnie aparat cyfrowy ma się tak do aparatu konwencjonalnego jak syntezator do fortepianu. Ani w tym duszy, ani magii - sterylna, zimna technika.
Dlatego to, co zobaczyłam przeszukując "fotograficzne" zasoby internetu, nasunęło mi nieodparte skojarzenie z uczestniczeniem w apelu poległych.
Minolta - producent znakomitej "siódemki" i profesjonalnej "dziewiątki" - w zeszłym roku w ogóle wycofała się z rynku fotograficznego.
Contax - w fotografii ta marka oznaczała zawsze to, co marka jaguar w motoryzacji. Koniec, nie ma. Przestała istnieć.
Bronica - świetne aparaty średnioformatowe dla tych, którzy nie chcieli zaciągać kredytu hipotecznego na zakup Hasselblada. Jak wyżej.
Nikon - w lutym zeszłego roku uprzejmie poinformował świat, że żegna się z epoką błon światłoczułych (poza dwoma modelami, w tym profesjonalnym F6, w który wpakowano zbyt duże pieniądze, żeby po roku zaprzestać produkcji).
Canon EOS - od 2004 nic nowego, do czego można by załadować rolkę filmu.
Wszystko to podziało się błyskawicznie. Coś, co trwało i twórczo rozwijało się przez ponad sto lat, załamało się w ciągu lat dwóch. Jasne - świat idzie do przodu, nic nie stoi w miejscu itd. itd. Ale jednak - smutne. Coś się kończy i to kończy w sposób, na jaki nie zasłużyło. Pogrzeb legendarnej marki contax dokonał się za pomocą 5-zdaniowego komunikatu dla prasy.
Trzymają się jeszcze ostatnie rubieże - Hasselblad ze swoimi obłędnie drogimi (choć zapewne wartymi swojej ceny) średnioformatowcami, Leica ze swoją R-dziewiątką i M-siódemką. Trzymają się nisze w postaci fotografii wielkoformatowej, a - z drugiej strony - najtańszych kompaktów no-name (czy prawie no-name) i jednorazówek. I są jeszcze jednorożce w postaci Cosiny, która - idąc pod prąd rwącej rzeki - wypuszcza kolejne modele Voigtländera Bessy dla zapaleńców, którzy fotografii cyfrowej mówią uprzejme, acz stanowcze "nie".
A przede wszystkim jest jeszcze na świecie całkiem spora rzesza ludzi - profesjonalistów, amatorów i tych pomiędzy - którzy nie zrezygnują z tradycyjnej fotografii tak długo, jak długo będą mogli kupić w sklepie rolkę lub arkusz filmu i jak długo będą mieli gdzie ten film wywołać.
Epoka się kończy, ale jej okres epigonalny jeszcze chwilę potrwa. Mam nadzieję, że ta chwila będzie długa.
Z dedykacją dla Krzysztofa Leskiego ;).



Komentarze
Pokaż komentarze (6)