Gdańscy studenci starający się kontynuować działania SKS (choć tą nazwą nie sygnowali żadnych tekstów) i współpracujący z WZZ, czyli głównie z Borusewiczem, byli w 1979 r. na manifestacji 11 listopada przed pomnikiem króla Jana III Sobieskiego (pracowity tajniak donosił, np. że wśród tłumu był Mężydło, który „zachowywał się biernie”). Przygotowywali się także do udziału w manifestacji w rocznicę Grudnia ’70 przy bramie Stoczni Gdańskiej.
Przed grudniową rocznicą SB gorączkowo zbierała wszelkie informację. Agent „Tomek” doniósł im, że do pokoju Mężydły w DS 10 UG przyszła 9 grudnia Alina Pieńkowska, która nie zastawszy Antka zostawiła wiadomość, że z polecenia Borusewicza ma się z nią natychmiast po powrocie z domu do akademika skontaktować. SB poleciła TW „Tomkowi” za wszelką cenę dowiedzieć się, jakie to polecenie wydał Borusewicz Mężydle i Pieńkowskiej. Funkcjonariusze dowiedzieli się, że chodzi o udział i złożenie wieńca podczas planowanych uroczystościach rocznicowych przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej. SB dowiedziała się także od TW „Napoleon”, że Antoni zaplanował, iż 11 grudnia urządzi „akcję stolik” na Wydziale Humanistycznym i będzie kolportował książki oraz ulotki.
Sadowski dobrze pamięta Mężydłę, który na „Humanie” sprzedawał bibułę: „Widok chłopaka sprzedającego jawnie bibułę mnie ruszał. Byłem pełen podziwu dla jego odwagi. Po prostu siadał, rozkładał na stoliku książki, kto chciał to mógł sobie podejść i ją kupić. Co chwilę ktoś do niego podlatywał, dziekan czy inny taki, i robił karczemną awanturę, że ma się wynosić, a on z niewzruszoną miną dalej bibułę sprzedawał”.
Na podstawie doniesień „Tomka” i „Napoleona” SB postanowiła przed uroczystościami doprowadzić do konfiskaty wieńca a Antoniego zamknąć na 48 godzin. Borusewicza zamknięto przed obchodami i wywieziono do Warszawy. Wykaz ludzi, które SB ujęła w spisie „osób objętych działaniami” w 1978 roku obejmował piętnaście osób, które postanowiono zatrzymać, i dziewięć osób, u których zarządzono rewizje. W roku 1979 w „wykazie osób zaangażowanych w działalność antysocjalistyczną przewidzianych do zatrzymania na 48 godzin przed prowokacyjną imprezą związaną z rocznicą wydarzeń grudniowych” było już 24 osoby.
Jak doszło do konfiskaty wieńca wspomina Basia Hejcz:
„Z akademika miały być zabrane przygotowane szarfy na wieńce. Z Anią Gadziałowską miałam dowieść zamówione wieńce do dziesiątki. W akademiku wieńce miały być przejęte przez Alinę, Antka Mężydłę i innych. Wierzyliśmy w to, że bezpieka nie mogła wejść na teren akademika, a my, że zdołamy się w razie jego obstawy jakoś wydostać. Niestety, o tym planie rozmawialiśmy na spotkaniu, na którym było wiele osób. Między innymi był Piotrek Jażdżewski, który po stanie wojennym chodził ubrany w mundur milicyjny, ale były i inne osoby, i praktycznie wszyscy o tym wiedzieli, że mamy z tymi wieńcami przyjechać. Dlatego obstawili szczelnie cały akademik. My z wieńcami podjeżdżamy taksówką, miałyśmy nadzieję, że nam z taksówki uda się szybko do akademika wskoczyć. Jak tylko taksówka podjechała to bezpieka natychmiast wyskoczyła z nieoznakowanych samochodów, które stały przy akademiku. Od razu złapali nas pod ręce, zapakowali do samochodów i wywieźli razem z wieńcami na komisariat do Oliwy.
Trudno nas było oskarżyć o posiadanie »gołych« wieńców. Pytali, a gdzie szarfy. Dużo wiedzieli. Przesłuchanie nie trwało zbyt długo, dwie, może trzy godziny, gdyż, gdy zbliżała się godzina rozpoczęcia manifestacji przy stoczni, to wszyscy tam pojechali. Wrócili po nas około godziny 19.00. Kazali zabrać wieńce i iść z nimi. Nie chcieli powiedzieć dokąd. Byli ubrani w długie płaszcze i kapelusze. Wzięli nas znowu pod ręce, zabrali wieńce i do samochodu. Wywieźli nas na cmentarz Łostowice. Kazali nam wziąć wieńce. Zapalili zapalniczki, bo było zupełnie ciemno i szukali drogi. Szliśmy cmentarnymi alejkami. Było okropnie nieprzyjemnie. Różne myśli po głowie przebiegały – czy staniemy nad wykopanym grobem? W końcu stanęliśmy przy grobie jednego z zabitych stoczniowców w 1970 roku, Apolinarego Formeli. Ci panowie mówią do nas: – Tu jest grób. Uświadamiamy Was, że kwiaty trzeba składać na grobie, a nie pod stocznią. Po co tam? Tam jest ruch uliczny. Gdy wyszliśmy z cmentarza zaczęli wymieniać nazwiska naszych wykładowców i zapewniać, że niektórych z nich bardzo dobrze znają i jeżeli my chcemy dalej studiować, to mamy uważać na to, co robimy. Kazali iść do domu”.
Alina Sadowska (Żulpo) dopowiada:
„Z DS 10 miały być zabrane wszystkie kwiaty i wieńce. Przyjechałam i zobaczyłam tylko wielkie zamieszanie. Dziewczyn, Ani i Basi, nie ma. Zabrało je SB, które w akademiku dalej siedziało. Nie wiadomo co robić, do kogo się zwrócić. Co teraz robić? Przestraszyłam się, że esbecja pojedzie do Basi Hejcz, w której domu było pełno bibuły. Szybko pojechałam do mamy Basi, która wszystko pochowała”.
Na manifestację przyszło jeszcze o wiele więcej osób niż w 1978 roku – ok. 5-6 tysięcy. Poszli też ci, którzy z Antkiem Mężydło współpracowali i kupowali od niego książki. Grupa studentów z UG i PG, która szła na uroczystości pod stocznię została zatrzymana i zabrano im kwiaty. Krótką modlitwę za poległych wygłosił ksiądz Bronisław Sroka, jezuita, który przyjechał z Lublina. Dariusz Kobzdej poinformował o aresztowaniach i zaczął przemawiać. Jego przemówienie było przerywane skandowanymi okrzykami: „Wolność dla Andrzeja Czumy i innych”, „Precz z komunizmem”, „Wolność dla Czechów”, „Niech żyje niepodległa Polska”. Maryla Płońska przypomniała o wydarzeniach w grudniu 1979 r. i o prawie do zrzeszania się w Wolnych Związkach Zawodowych. Rozdawano ulotki, które były rozchwytywane przez ludzi. Na koniec manifestacji dotarł Lech Wałęsa, który przyjechał pod stocznię schowany w kontenerze, gdyż SB od rana urządziła na niego polowanie. Wałęsa powiedział m.in.: „Przyjdziemy tu w przyszłym roku. Każdy przyniesie kamień i złożymy z tych kamieni pomnik naszym poległym braciom. Jeżeli ta władza potrafi z nami rozmawiać tylko przy płonących komitetach, to będzie miała płonące komitety. Przyniesiemy dwa kamienie i z tym drugim pójdziemy pod komitet”. Na manifestacji były tłumy, mimo że w przeddzień aresztowano bardzo wielu opozycjonistów. Tych, którzy przyszli także spotkały represje.
Wieniec udało się złożyć. Na płocie stoczni zawieszono trzy transparenty: „Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych”, „Redakcja Robotnika”, „W 9 rocznicę wydarzeń Grudnia 1970”. Reakcja mieszkańców Gdańska na wezwanie do masowej demonstracji w rocznicę grudnia 1970 r. świadczyła o coraz większej aktywności społeczeństwa, a także o tym jak wielką pracę wykonało wówczas skromne grono opozycjonistów.
Marek Sadowski pamięta, że po manifestacji odbyło się jeszcze spotkanie u Anny Walentynowicz przed gwiazdką 1979 roku, na które pojechał wraz z Benkiem Starkiem, studentem Wydziału BiNoZ UG. U pani Walentynowicz zebrali się wówczas prawie wszyscy ludzie działający w WZZ. Ci, którzy nie byli aresztowani opowiadali tym, którzy siedzieli, jak udała się manifestacja. Wszyscy byli z jej przebiegu zadowoleni i pełni nadziei na przyszłość. Ta nadzieja towarzyszyła też Sadowskiemu na zabawie sylwestrowej urządzonej na przywitanie nowego 1980 roku w DS 10 UG przy ul. Polanki. Pamięta, że na zabawie była Anka Kosowska, Donald Tusk, Ewa z SKS z Krakowa, i wielu innych. Wspomina: „W czasie tego sylwestra do końca się we mnie przełamały wszelkie opory działania w opozycji. Postanowiłem pójść na całość. Po nowym roku zgodziłem się na to, aby w moim pokoju w akademiku w Brzeźnie, do którego się przeprowadziłem z DS 10, były urządzane spotkania TKN”.
________________________________________________________
Jest to mała glossa do opublikowanego dzisiaj przez Mariusza Romana wpisu o rocznicy powstania WZZ. Od samego początku z WZZ była związana grupa studentów. Członkowie WZZ w licznych artykułach i wspomnieniach piszą i mówią tylko o sobie pomijając całą masę współpracowników. Opis działalności SKS "Trójmiasto" jest natomiast ściśle związany z działalnością WZZ, które powstały później.





Komentarze
Pokaż komentarze (17)