Jak wyglądała działalność Wałęsy "od kuchni" w stanie wojennym? To chciałbym w tym małym szkicu przypomnieć. Napisałem go dawno temu, a dziś jedynie trochę przeredagowałem. Tekst jest nie po linii i nie na czasie, cóż jakoś już tak mam, że nie idę razem ze stadem...
Wałęsa w akwarium
Pod dom Wałęsy w nocy 13 grudnia podjechała kawalkada samochodów. Wspomina Tadeusz Fiszbach, wówczas przewodniczący KW PZPR w Gdańsku:
Około godziny pierwszej zadzwonił płk Andrzejewski – komendant wojewódzki MO
i przekazał mi polecenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, abym natychmiast udał się do Wałęsy i skłonił go do wyjazdu na rozmowy polityczne do Warszawy. Wiadomość wydała mi się tak dalece nieprawdopodobna, że postanowiłem sprawdzić ją najpierw u Rakowskiego, a potem u Barcikowskiego. Obaj potwierdzili. Rakowski powiedział: wiesz, co to jest rozkaz i co oznacza niewykonanie go w stanie wojennym. Po jakimś czasie przyjechało kilka samochodów, w jednym z nich był wojewoda Kołodziejski, który miał mi towarzyszyć do Wałęsy. W drodze na Zaspę nastąpił półgodzinny postój całej kolumny w pobliżu kina Znicz – nie ukrywam że bardzo denerwujący, bo niezrozumiały. Wreszcie podjechaliśmy pod otoczony przez zomowców dom przewodniczącego „Solidarności”, weszliśmy do pełnej funkcjonariuszy z łomami klatki schodowej, a potem do mieszkania. Pan Lech powitał nas słowami: – Tak nie rozmawia Polak z Polakiem, a my zapewniliśmy go w najlepszej wierze, że to nie aresztowanie, nie internowanie, ale zaproszenie na rozmowy. Długo trwało nim Wałęsa, po naszej drugiej wizycie, zdecydował się przyjąć to „zaproszenie”.
("Najpierw trzeba być człowiekiem". Z Tadeuszem Fiszbachem rozmawia Izabela Greczanik – Filipp [w:] "Stan wojenny – wspomnienia i oceny", pod red. Jana Kulasa, wyd. Bernardinum 1999)
Wywieziono go najpierw do rządowej willi pod Warszawą, a później do Arłamowa
w Bieszczadach, skąd został zwolniony 12 listopada 1982 r. O tym jak wyglądało internowanie Wałęsy można się dowiedzieć m.in. ze sprawozdania rozmowy abpa Dąbrowskiego z Kazimierzem Barcikowskim 27 lipca, w której udział brali jeszcze ks. Orszulik i Aleksandr Merker (dyrektor Urzędu ds. Wyznań). Podczas tego spotkania ks. Orszulik przedstawił Barcikowskiemu stanowisko internowanego Wałęsy, który nie zgodził się na rozmowy z przedstawicielem władzy. Ksiądz tłumaczył, że Wałęsa
"[...] obawia się, że przebieg rozmów zostanie jednostronnie albo nieprawdziwie przedstawiony. [...] Wałęsa słusznie się obawia rozmów w cztery oczy, bo po tem nie ma wpływu na sprawozdanie z tych rozmów. Wałęsa kilkakrotnie postulował, abym ja był przy rozmowach jako świadek, zwrócił się nawet do Prymasa. [...] Wałęsa oświadczył, że jest gotów do rozmów z min. Cioskiem lub wicepremierem Rakowskim, przy czym prosi, aby był obecny ktoś trzeci zaufany. [...] Wałęsa ocenia sytuację realnie, rozumie, że aktualnie utwierdza się obóz rządzący i trzeba szukać z nim porozumienia. Jest świadom, że jego koncepcje także uległy skostnieniu z uwagi na izolację w jakiej żyje".
Ksiądz Orszulik zwracał uwagę, że gdy podczas pobytu u niego żony z dziećmi wychodził z dziećmi na podwórko to podążało za nim aż siedmiu agentów, oraz że nie może swobodnie rozmawiać z przewodniczącym, gdyż rozmowy są podsłuchiwane, a prąd jest wyłączany aby nie mogli zagłuszać rozmów przy pomocy włączonego radia i telewizora. W sprawozdaniu abp zanotował słowa ks. Orszulika:
"Gdy jeszcze odwiedzałem Wałęsę w Otwocku, chcieliśmy wyjść do parku – nie pozwolono. Rozmawialiśmy jak głusi, ponieważ włączyliśmy radio i telewizor na pełny regulator. Chcieliśmy mieć psychiczną swobodę, że nikt nas nie podsłuchuje. A mówiliśmy o manifestacjach na ulicach. Wałęsa powiedział mi wtedy, że jest przeciwny tym manifestacjom, ponieważ prowadzą one do zderzenia z siłami porządkowymi. Odwoływał się do swego doświadczenia z okresu strajku, kiedy pilnował, aby strajkujący nie wyszli na ulicę. [...] Wałęsa ponowił prośbę, aby przenieść go na teren neutralny, może na teren kościelny, gdzie mógłby się czuć swobodnie, zapewnia, że nie zrobi nikomu kłopotu. Rozumie bowiem, że nie może zwyczajnie wyjść z miejsca internowania, bo wokół niego od razu rozpoczną się demonstracje, zbiegowiska; może wyjść tylko w wyniku jakiegoś porozumienia. [...] ksiądz Prymas powiedział, że Kościół nie może być przedłużonym ramieniem władzy i więzić Wałęsy [...]".
Lech Wałęsa wrócił z Arłamowa do domu 14 listopada 1982 roku. Od wczesnego popołudnia pod domem czekało tysiące ludzi, a z godziny na godzinę tłum gęstniał. Gdy samochód z Lechem Wałęsą przyjechał pod blok na Zaspie wiwatom i okrzykom radości nie było końca. Dodatkowo, jakby na umówiony znak, zbiegli się mieszkańcy okolicznych bloków – ktoś odpalił świetlną racę i petardę.

Lech Wałęsa witany pod swoim mieszkaniem w bloku na zaspie
Lech wszedł do bloku i po chwili wychylił się z okna swego mieszkania z mikrofonem w ręku. Wzywał wszystkich aby nie poddawali się zwątpieniu, że walka w słusznej sprawie musi prędzej lub później zakończyć się sukcesem. Tłum zaczął śpiewać hymn Polski.

Wałęsa z okien swojego mieszkania pozdrawia witających go ludzi
Następnie w mieszkaniu urządził pierwszą konferencję prasową. Od początku zaczęli zgłaszać się do niego ludzie, którzy deklarowali pomoc w dalszej działalności. Po pewnym czasie powstał sekretariat przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, a do najbliższych współpracowników przewodniczącego zaliczali się: Lech Kaczyński, Jacek Merkel i Arkadiusz Rybicki oraz przez pewien czas Bogdan Olszewski, Piotr Nowina-Konopka, Grzegorz Grzelak, Adam Kinaszewski i Krzysztof Pusz.
Wałęsa w książce "Droga do wolności" wspominał:
Przed stanem wojennym osiągnąłem polityczny Mount Everest – dalsza droga prowadziła już tylko do nieba, albo... w dół. Po wyjściu z odosobnienia byłem właśnie na dole. 14 listopada 1982, podczas konferencji prasowej w mieszkaniu, powiedziałem, że moja sytuacja przypominać będzie odtąd taniec na linie, na którą już wszedłem. Cofnąć się nie mogę, a czy dobrnę – nie wiadomo. Władze zadekretowały moją prywatność, na straży której stanął rząd. Jeden z uzdolnionych dziennikarzy satyrycznych, Jerzy Urban, który został rzecznikiem ekipy generała Jaruzelskiego, otrzymał zadanie pozbawienia mojej osoby autorytetu. Zaczęto więc rozrzucać ulotki szkalujące mnie w dowolny sposób, w prasie nazywano „małpą z wąsami” oraz „kowbojem z Gdańska”, a moje biedne dzieci musiały przynajmniej raz w tygodniu słuchać, jak rzecznik rządu wymyśla ojcu.

Wałęsa przemawia z okien swojego mieszkania
Biuro musiało być zorganizowane w mieszkaniu Wałęsy na Zaspie. Warunki pracy były bardzo trudne – jeszcze gorzej się chyba w nim mieszkało. Wiele osób – przy okazji różnych świąt – życzyło wówczas Danucie Wałęsowej, aby mąż wyniósł się stamtąd i założył sobie kancelarię ze sztabem specjalistów w normalnym miejscu. Największy pokój w mieszkaniu – środkowy salon, który pełnił równocześnie rolę biura – dzielił je na dwie części: rodzinną i oficjalną. Sam Lech Wałęsa, jak wspominają osoby wtedy z nim współpracujące, czuł się swojsko w tych warunkach, gdyż jest człowiekiem, który niezbyt ostro oddziela życie osobiste od służbowego. Urządzenie sekretariatu w mieszkaniu powodowało też czasem niezręczne sytuacje. Zdarzało się, jak wspominał Rybicki, że do domu noblisty przychodzili zachodni dziennikarze, którzy chcieli porozmawiać z jego żoną, a ta akurat trzepała dywany lub wracała z siatkami z zakupów. Znacznie poprawiły się warunki dopiero w 1987 roku, kiedy Wałęsa przeprowadził się do domu przy ul. Polanki. Wtedy wygospodarowano tam pokój z osobnym wejściem.
Jak wspomina Arkadiusz Rybicki, który był kierownikiem sekretariatu, dom Wałęsy był jak akwarium, bowiem w najróżniejszy sposób go obserwowano, a obserwowani o tym wiedzieli. Wszystkie osoby przychodzące i wychodzące były filmowane. Telefon i mieszkanie były na podsłuchu. Często także do Wałęsy próbowali dostać się różnego typu agenci. Nad rozpracowaniem i zniszczeniem symbolu „Solidarności” pracowało grono najlepszych specjalistów. Do tego dochodzili zwykli ciekawscy z okolicznych bloków, którzy z zainteresowaniem przypatrywali się poczynaniom rodziny laureata Nagrody Nobla.
Zwykły dzień pracy wyglądał mniej więcej tak: po pracy w stoczni lub pobycie w kościele Świętej Brygidy Wałęsa wracał do domu i wtedy Rybicki referował mu aktualne sprawy. Odbywało się to za pomocą słów kluczy i pisania na kartkach. Rybicki opowiada, że gdy przyszła moda na „świszczące plastikowe rury”, którymi bawiły się dzieci kręcąc nimi w powietrzu, to zaczęto je wykorzystywać do rozmów, które w żaden sposób nie mogły być podsłuchane. Jedna osoba szeptała do rurki, a druga przykładała sobie jej koniec do ucha: – Jest takie zdjęcie, na którym Michnik trzyma żółtą rurkę i coś do niej mówi, a Lechu czerwoną. Obie rurki skręcone ze sobą jak węże. Był to dobry wynalazek – było przez nie znakomicie słychać, a osoba stojąca obok nie słyszała nic.
Największym wydarzeniem w dziejach „wojennego sekretariatu” było przyznanie Wałęsie Nagrody Nobla. W uzasadnieniu napisano, że laureat otrzymał ją, albowiem:
"Starania o zapewnienie robotnikom prawa do zakładania własnych organizacji są ważnym wkładem do kampanii na rzecz uniwersalnych praw ludzkich. Komitet uważa, że pan Lech Wałęsa jest propagatorem aktywnego dążenia do pokoju i wolności, które są niezniszczalnymi wartościami dla całego świata niezależnie od warunków, w których żyją ludzie. Komitet przez przyznanie kilku poprzednich nagród uznał, że walka o prawa człowieka jest także walką o pokój".
W Gdańsku tłum wiwatujących zwolenników triumfalnie podrzucał Wałęsę, gdy ten wrócił z całodziennego grzybobrania, spędzonego z przyjaciółmi w lesie. Później wychylając się z okna swojego mieszkania 40-letni laureat przemówił do tłumu zgromadzonych poniżej zwolenników: „Myślę, że ci co rządzą zrozumieją, że dialog jest konieczny i że powinniśmy spotkać się przy stole negocjacyjnym. Ci, którzy przyznali mi tę nagrodę rozumieją, że chcemy zmienić sytuację w Polsce w sposób pokojowy. Ani nagrody, ani więzienie nie zepchną mnie z drogi, którą idę”.
Korespondentom prasy Zachodniej mówił: „Faktycznym laureatem tej nagrody jest cały polski naród, i to naród cierpiący, narażony na upokorzenia. To, co się dzieje w mojej ojczyźnie, napawa mnie uczuciem wstydu, jest rzeczą hańbiącą, że ludzi wtrąca się do więzień i usuwa z pracy za przynależność do Związku, za dochowanie wierności ideałom, które reprezentował. Rzeczą hańbiącą było zdelegalizowanie »Solidarności«. [...] Nigdy nie zrezygnuję z walki o te idee, o które zawsze walczyłem. Tak jak w przeszłości będzie to walka przy pomocy środków pokojowych”. „Zawsze będę robił to, co robiłem dotychczas. Czasem będę w domu, a czasem w więzieniu. Ale ani nagrody ani więzienia nie są w stanie sprowadzić mnie z obranej drogi”. Wałęsa zapowiedział rozpoczęcie z nową siłą kampanii na rzecz ponownego uznania „Solidarności”, którą miało zapoczątkować jego wystąpienie pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców 16 grudnia 1983 r. Stwierdził, że „zawsze byłem, jestem i będę gotów do nawiązania porozumienia z rządem”.
W imieniu Lecha po Nagrodę do Oslo pojechała jego żona Danuta. Janina Zagrodzka-Kawa, która była wówczas w Oslo, spisała swoje wspomnienia z tego wydarzenia:
"Nagroda Pokojowa, Lech Wałęsa, NOBEL! W tych warunkach, w tej atmosferze – był to akt odwagi ze strony rządu norweskiego. Sensacja, nadzieje i obawa. Wałęsa nie przyjedzie, nie dostanie paszportu, a jeżeli to tylko w jedną stronę – bez powrotu. Nagrodę odbierze jego żona. Danuta, towarzyszyć jej będzie najstarszy syn. Znaleźliśmy się tego pamiętnego dnia wraz z Frankiem wśród nielicznych, wyróżnionych na sali auli Uniwersytetu w Oslo. Widzieliśmy, jak młoda, drobna, skromnie ubrana Danuta Wałęsa odbiera to największe w imieniu męża i Narodu odznaczenie. Nigdy jeszcze Nagroda Pokojowa Nobla nie wywołała takiego poruszenia, prawdziwego entuzjazmu, wątpię również, czy kiedykolwiek wywoła. Było w tej euforii, przekonanie, że idą zmiany, którym się oprzeć nie można. Tego dnia zniknęły wszelkie obawy, poczucie jedności udzieliło się wszystkim politykom, dziennikarzom sprawozdawcom telewizyjnym. Nam Polakom łzy zakręciły się w oczach, nie sposób było ukryć wzruszenia, nie jesteśmy sami. Nagroda przyznawana jest każdego roku, skąd więc ten nieprawdopodobny entuzjazm? Komisja przyznająca nagrody wybrała właściwy moment dając oficjalne poparcie dla powstałego, obejmującego cały naród ruchu „Solidarności”. A choć przyznawana personalnie, była uzna nagrodą dla narodu, który swoją odwagą – wskazywał w podzielonej wojną Europie drogi POKOJOWEGO rozwiązania. Nie bez znaczenia dla mediów było również wystąpienie żony Wałęsy, Danuty.
Telewizja dzięki wcześniej robionym wywiadom w Polsce, pokazała kim jest i jak ważną rolę w życiu męża oraz swojej licznej rodziny pełni ta szczupła, pełna godności kobieta, która od pierwszego dnia zdobyła sobie serca ludzkie. Nie sposób było nie zauważyć jej naturalnego zachowania, szacunku. jaki wzbudziła, nie zauważyć dumy jaką w imieniu męża i NARODU PRZYJMUJE należne honory. Trudno było opanować wzruszanie, kiedy po krótkim jasnym przemówieniu dziękującej za nagrodę Wałęsowej – obecni porwali się na nogi, burza oklasków zalała salę! A byli tam przedstawiciele wszystkich państw, oprócz przedstawicieli Wschodniego Bloku, którzy zaproszeni nie otrzymali pozwolenia z Moskwy. Przybył król Norwegii z rodziną, członkowie rządu, komisja przyznająca nagrodę, sala była szczelnie wypełniona. Z ambasady polskiej nikt się nie pojawił. Nam grożono, jeżeli weźmiemy udział w uroczystości, represjami. Groźba była poważna, każdy z nas miał rodzinę w Polsce. Przed Uniwersytetem powielały flagi polskie, śpiewano nasz hymn narodowy.
Całe miasto mimo dużego mrozu, również z dziećmi w wózkach – wyległo na ulice. Tysiące dziennikarzy nie mogąc dostać się na salę stało po drugiej stronie ulicy, wszędzie, gdzie można było złapać na obiektyw uczestniczących w uroczystościach. Wieczorem uformowano spontanicznie kilometrowy, mający początek na rynku pochód z pochodniami. Był to jeden strumień światła. Przy głównej ulicy miasta Karl Johan Gate, która kończy się stojącym na wzgórzu zamkiem królewskim – usytuowany jest Grand Hotel, w nim znajduje się specjalny apartament przeznaczony dla nagrodzonych Noblem. Z jego balkonu witała żona polskiego robotnika wiwatujące tłumy. Ten zapał, atmosfera, sympatia okazywana Polsce była czymś niepowtarzalnym. Miało się uczucie, że towarzyszące wydarzeniom tłumy – czekały na taki moment. Była w tym pewność nadchodzących zmian, przekonanie, że te zmiany wyłącznie od nas zależą".
("Nagroda Pokojowa Nobla. Oslo. Grudzień 1983 r.", [w:] "Dzień po dniu", Janina Zagrodzka-Kawa)

Reakcja władz kompromitowała je w oczach opinii światowej. Na konferencji prasowej rzecznik rządu, Jerzy Urban, przedstawił opinię rządu gen. Jaruzelskiego: „nigdy jeszcze Nagroda Nobla ani żadna inna nie zmieniła biegu wydarzeń w Polsce. Rząd polski niezachwianie kontynuuje swoją linię programową. Jest to linia socjalistycznej odnowy, program porozumienia i walki”. Sugerował jednocześnie, że „Nagroda Nobla nie stanowi zaskoczenia. Jest to po prostu jedna z bardzo wielu premii, zachęt otrzymywanych z Zachodu przez tych polskich obywateli, którzy zajmują postawę destruktywną wobec interesów własnego kraju.”.
Po przyznaniu Wałęsie Nagrody Nobla wszyscy pracujący w sekretariacie musieli zająć się listami. – Jednego dnia przyszedł listonosz z pękatym workiem i wysypał ponad 600 listów od najróżniejszych ludzi – wspomina Rybicki. – Wtedy mniej więcej taka była norma dzienna. Na poczcie stworzono specjalny wydział, który wyłącznie zajmował się listami do Lecha. Listy, które były troszeczkę grubsze, przychodziły w folii z adnotacją „przesyłka uszkodzona”, to znaczyło, że zaglądali do nich funkcjonariusze SB. Nie było fizycznej możliwości odpowiedzieć na wszystkie listy i dlatego wydrukowaliśmy kartkę z podziękowaniami, na której Wałęsa się jedynie podpisywał. Niestety, nie był to elegancki druk, gdyż żadna legalna drukarnia nie chciała tego wydrukować.
Rybicki pamięta też jak w 1984 roku, właśnie przy pomocy listów, próbowano osłabić Wałęsę. Mianowicie, co kilka tygodni przychodziło z jednej miejscowości raptem kilkadziesiąt listów w jednakowych kopertach i z jednakowymi znaczkami, w których ludzie domagali się, by Lech przestał ich reprezentować: – Widać było gołym okiem, że to jakiś oddział ZOMO siadał i pod dyktando pisał teksty. Był to dziwaczny pomysł bezpieki, bo jak te listy przychodziły w kupie, to każdy głupi by się zorientował, że to jakaś inspirowana akcja – wspomina. Wspólnie z nim żmudną pracę związaną z listami wykonywały studentka Joanna Strzemieczna i Zofia Gust, które po 1988 roku zostały sekretarkami w Związku (gdy Wałęsa został prezydentem, na pytanie jednego z dziennikarzy, czy czegoś nie brakuje mu z Gdańska, odpowiedział, że żałuje, że nie zabrał ze sobą do Warszawy obu pań). Po pewnym czasie pracę sekretariatowi ułatwiły komputery nadesłane przez Jerzego Milewskiego z Brukseli.
Po otrzymaniu Nagrody Nobla gratulacje przysłało wiele najznakomitszych osobistości z całego świata. Powstał w ten sposób zbiór bardzo cennych archiwaliów, które zostały skatalogowane i przekazane pod opiekę zakonników z Jasnej Góry. Rybicki wspomina, że zbiory listów – łącznie z dokumentacją Nagrody Nobla – chciano przekazać Bibliotece PAN w Gdańsku, jednakże nazwisko Wałęsy wzbudziło tam przerażenie.
Jednym z zadań biura było harmonizowanie współpracy z Tymczasową Komisją Koordynacyjną. Zajmowali się tym Lech Kaczyński i Jacek Merkel, którzy reprezentowali przewodniczącego podczas spotkań z TKK. Oczywiście, takie spotkania nie były czymś zwyczajnym. Wszystko musiało się odbyć w tajemnicy, a osoba reprezentująca Wałęsę musiała zgubić esbecki „ogon”. Sam Wałęsa osobiście spotkał się z ludźmi z TKK trzykrotnie. Współpraca pomiędzy ukrywającymi się a działającym jawnie Wałęsą układała się dobrze, chociaż dochodziło często do różnicy zdań. To, że pomimo częstych napięć razem osiągano sukcesy, było – według Jacka Merkla – dużym osiągnięciem.
Merkel został także zobowiązany do zorganizowania współpracy i łączności z Jerzym Milewskim i z jego biurem w Brukseli oraz zajmował się zorganizowaniem przekazywania pieniędzy z Belgii do Gdańska (nie chciał przypomnieć nazwisk ludzi, którzy w tym pomagali, gdyż ci ludzi – jak powiedział Merkel – nie chcą, aby ujawniono ich nazwiska). Listy szły długo – na odpowiedzi czekać trzeba było nawet miesiąc. Wobec ludzi, którzy współpracowali z Merklem SB stosowała wiele wyrafinowanych metod. Nie poprzestawali na nękających aresztowaniach, ale próbowali w różny, nieraz przykry sposób, zwerbować do współpracy. – Ale pomimo tych działań – stwierdził Merkel – udało się doprowadzić łączność do takiego stanu, że pozbawiono Warszawę monopolu na kontakty z zagranicą. W każdej konspiracji występuje wzmożona podejrzliwość. Śledzi się najbliższych współpracowników i co rusz podejrzewa się kogoś, że współpracuje ze specjalnymi służbami. Służby policyjne na całym świecie potrafią w umiejętny sposób wzmóc atmosferę podejrzliwości i pochopnych oskarżeń. Teraz patrzę na to z dystansu, lecz wtedy to było bardzo dokuczliwe – mówił Merkel.
Także Rybicki wspomina o bardzo dokuczliwych działaniach służby bezpieczeństwa. Pamięta między innymi, jak bezpieka uwzięła się na ludzi Wałęsy, którzy jeździli samochodami, by im zabrać prawa jazdy. Przy pomocy nieustannej obserwacji robiono kierowcom zdjęcia najdrobniejszych wykroczeń drogowych. Na podstawie takich zdjęć zabrano prawo jazdy kierowcy Wałęsy Andrzejowi Rzeczyckiemu (przezywany „Złotówą”, bo był taksówkarzem) – udało mu się jednak zdać powtórny egzamin. Natomiast Rybicki, któremu milicja prawie codziennie robiła kontrolę stanu technicznego pojazdu, tak wyremontował wysłużonego dużego fiata, który kupił od Wachowskiego, że był w lepszym stanie od nowych wypuszczanych z fabryki.
– Korespondencja często się dezaktualizowała, czasami nie odpowiadaliśmy na to, co z punktu widzenia Milewskiego było najważniejsze – opowiada Merkel. – A dla nich najważniejsze było reprezentowanie racji „Solidarności” społeczności międzynarodowej i zagranicznym związkom zawodowym. Z naszego punktu widzenia, była to rzecz wtórna. Tym kanałem, oprócz korespondencji dostarczana była przede wszystkim różnorodna pomoc dla „Solidarności”.
Merkel twierdzi, że wokół zagranicznej pomocy narosło zbyt wiele mitów i kłamstw. Biuro brukselskie działało przy międzynarodowych organizacjach związkowych i było rokrocznie kontrolowane przez biegłych rewidentów – przedstawicieli tych organizacji. Także zagraniczne organizacje związkowe opłacały wszystkie koszty związane z funkcjonowaniem biura. Przede wszystkim, pomagał amerykański związek AFL-CIO, który pośredniczył w przekazywaniu pieniędzy z budżetu Stanów Zjednoczonych przeznaczonych na pomoc dla krajów rozwijających się.
– Byłem bardzo silnie zaangażowany w zorganizowanie pieniędzy dla „Solidarności” – mówi Merkel. – W duecie z Jurkiem Milewskim wychodziliśmy i wydreptaliśmy z budżetu amerykańskiego dwie bezwarunkowe darowizny po jednym milionie każda. Uzyskanie tych darowizn spowodowało bardzo głęboki spór polityczny wewnątrz „Solidarności”. TKK uważała, że pieniądze należy wykorzystać na walkę z totalitaryzmem o wolność obywatelską i związkową. Natomiast grono warszawskich ekspertów przekonało Wałęsę, że te pieniądze politycznie zniszczą „Solidarność” i dlatego przewodniczący zadecydował, że lepiej będzie, jeśli przekaże się je na fundację pomagającą służbie zdrowia. Gdy po roku znowu udało się od Amerykanów uzyskać darowiznę, pieniądze posłużyły już wyłącznie „Solidarności”. Uzyskanie drugiego miliona dolarów przez część ludzi związanych z „Solidarnością” ponownie zostało odebrane jako coś złego. Przekonali oni Wałęsę, że działania Merkla to niesubordynacja i że należy go odsunąć od współpracy z zagranicą. Tak też się stało. Dziś Merkel twierdzi, że z podniesionym czołem może mówić, iż zrobił to, o czym marzy wiele krajów na całym świecie: miał wpływ na amerykański budżet. – Mimo głębokich podziałów, udawało nam się utrzymywać jedność. Wałęsa był tym człowiekiem, który uosabiał jedność i ją realizował. W momencie, kiedy doszło do dużego sporu w sprawie miliona, to robił tak – jak na przykład odsunięcie mojej osoby – by utrzymać jedność. Dzięki temu zderzenie z komuną było zwycięskie – wspomina Merkel.
Wówczas osoby, które decydowały się na aktywną, jawną działalność przy Wałęsie nie liczyły na to, że ustrój szybko się zmieni i zdawały sobie sprawę, że może być już tak, że na zawsze będzie się pozbawionym paszportu i pracy oraz pod ustawiczną kontrolą odpowiednich służb. Jacek Merkel był w stanie wojennym wyrzucany z kilku miejsc pracy, aż w końcu formalnie zatrudniono go jako konserwatora w kościele św. Elżbiety. Mieczysław Wachowski, który od początku stanu wojennego pomagał w domu Wałęsów, uznał pod koniec 1983 roku, że się do takiej pracy nie nadaje, że swoje zrobił i odszedł. Kupił dom w Gdyni i założył w nim punkt naprawy opon. Jego miejsce – najbliższe przy Wałęsie – zajął Krzysztof Pusz. Stale z biurem Wałęsy współpracowali Adam Kinaszewski, który pełnił rolę rzecznika prasowego i Andrzej Drzycimski oraz wiele innych osób. Ważną osobą w domu był także Henryk Mażul – „Dziadek”. Jak opowiadał Jacek Merkel przez pewien czas współpracował także Aleksander Hall, ale uznał on, że jest to nieproduktywne. Hall uważał, jak twierdzi Merkel, że Wałęsa nie potrzebował żadnej pomocy ekspertów politycznych, gdyż działał sam i robił, co chciał. Hall nie chciał być gońcem ani kancelistą i odszedł.
– Decyzje ludzi, którzy pracowali razem z Wałęsą czy pracowali w podziemiu, były decyzjami ważącymi o całym życiu. Nikt wówczas nie wiedział, że w roku 1991 Wałęsa zostanie prezydentem. Powiem prawdę czemu tam pracowałem. Było to spowodowane dwoma faktami: Andrzej Milczanowski siedział w więzieniu z wyrokiem sześciu lat, a Jurek Milewski był w Brukseli. Dopóki jeden siedział w pudle a drugi był kierownikiem biura w Brukseli, to moje miejsce było przy Wałęsie. Nie wahałem się – mówi Merkel.
Biuro przy Lechu Wałęsie podczas stanu wojennego „załatwiło” dla „Solidarności” jedną ważną rzecz: afiliowanie Związku przy MKWZZ, co nastąpiło w listopadzie 1986 roku. Do afiliacji parli przede wszystkim ci działacze, którzy „Solidarność” postrzegali jako związek zawodowy, a nie ruch społeczny. Podstawową trudnością przy realizacji tego posunięcia nie była postawa zagranicznych związkowców, lecz zorganizowanie i wypracowanie w kraju jednoznacznego wniosku o afiliację – musiał być na nim podpis Lecha Wałęsy i członków TKK.
– To była niezwykle trudna sprawa, aby na odpowiednio przygotowanym wniosku znalazły się wszystkie potrzebne podpisy – wspomina Merkel. – Trzeba było przekonać do tego TKK i Wałęsę. Musieliśmy zadbać o to, żeby Wałęsa zapytany przez kogoś o afiliację potwierdził ją, a nie odpowiadał wymijająco. Wałęsa przez długi czas zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji. Musiał zachowywać rolę zwornika i pogodzić zwolenników ruchu społecznego i związku zawodowego. Rozumiałem te rozterki, chociaż bardzo jasno rozumiałem wówczas rolę „Solidarności” – była dla mnie przede wszystkim związkiem. Legalizacja nielegalnej w kraju „Solidarności” na arenie międzynarodowej było – według Merkla – jednym z największych sukcesów tamtych lat: – Przedstawiciel „Solidarności” mógł siedzieć legalnie w gronie związkowców z całego świata. Przedstawiciele związkowi z państw bloku sowieckiego musieli ścierpieć ten widok.
– W tamtych latach Wałęsa okazał się człowiekiem, który sprawdził się jako lider. Przy wszystkich meandrach, sporach, różnych opcjach i wariantach, wzajemnych oskarżeniach i nielubienia się – doprowadził nas do niepodległej Polski. Doceniałem to i dlatego zaangażowałem się w organizowanie jego kampanii wyborczej, gdyż uważałem, że prezydentura będzie uwieńczeniem naszej walki z totalitaryzmem. Wałęsa jako prezydent – to było równoznaczne dla mnie z końcem naszej rewolucji – zakończył Merkel.
Borusewicz uważa, że kontakty z Wałęsą służyły przede wszystkim propagandzie. Aby Lech mógł spotkać się z ukrywającymi się działaczami, musiał zgubić swoją obstawę, co było komentowane przez zachodnich dziennikarzy. Służyło także pokrzepieniu różnych działaczy i konspiratorów. Wszyscy mogli przekonać się, że ten najbardziej pilnowany człowiek w Polsce może urwać się obstawie. Wałęsa nie kwestionował legalności podziemnych struktur. Borusewicz podkreśla, że z Lechem dobrze się współpracowało.
Według Lisa, było inaczej. Twierdzi on, że Wałęsa był bardzo trudny we współpracy i przez niego dochodziło do wielu spięć. Przyczyny dopatruje się i w charakterze przewodniczącego i w tym, że nie mogli między sobą swobodnie omawiać planowanych decyzji. – Kilkakrotnie mieliśmy wspólne spotkania, ale Wałęsa, jak zawsze, był „trudno kontrolowalny”. Do kompletnego nieporozumienia doszło na przykład w 1983 roku w sprawie sankcji amerykańskich, gdy chciał wystąpić o ich zniesienie. Wystąpiliśmy przeciwko temu bardzo stanowczo. Wałęsa był do reprezentacji Związku na zewnątrz, był symbolem i tak go traktowaliśmy. Powiedzieliśmy mu wyraźnie, aby od kierowania „Solidarnością” trzymał się daleko, chyba że się ukryje i będzie działał razem z nami w podziemiu. Wałęsa nie przekazywał żadnej pomocy podziemnej „Solidarności”. Dostawał pieniądze od nas na swoją działalność.
Po strajku sierpniowym 1988 roku doszło do połączenia różnych struktur podziemnej „Solidarności”. W styczniu 1989 roku powstał Tymczasowy Zarząd Regionu Gdańskiego, w skład którego weszły osoby z komitetu strajkowego ze stoczni i z innych grup. Przewodniczącym TZR został Bogdan Borusewicz. Nie dopuszczono przez to do rywalizacji podziemnych struktur. Borusewicz wchodząc w jawne struktury dał znak, że konspiracja się skończyła. Podziemne drukarnie wyszły z ukrycia dopiero pół roku później. Sekretariat wojenny Lecha Wałęsy działał cały czas. W zasadzie nikt nie pamięta, kiedy przestał – płynnie przeistoczył się w 1989 roku w legalną „Solidarność”.





Komentarze
Pokaż komentarze (66)