Współpartyjna bezideowość może przynieść jeszcze ciekawsze koalicje niż dotychczasowe i to nie tylko w lokalnych samorządach. Rozgrywki te (inaczej nie można nazwać) odbywają się, choć potencjalnie, to znanym ze sportu systemem "każdy z każdym" (choć wybory stanowią rodzaj grupowych eliminacji i nie wszyscy wchodzą do play off).
PO-PSL
PO może sprawować władzę razem z PSL, choćby z przyzwyczajenia i pełnego przekonania, że sojusznik jest niegroźny, nie przez topniejący elektorat, tylko dlatego, że mu o nic nie chodzi poza władzą. Byłe ZSL zatarło już ślady swojego peerelowskiego serwilizmu i jest wystarczająco konserwatywny, żeby współrządzić (także nadal z PO) i (odwołując się tytułu klasycznego eseju) i nie zawsze nie kłamać.
PSL - wszyscy
PSL też może z każdym, co praktykował, partia jest "obrotowa". Może się obawiać, że ewentualny sojusz z PiS spowoduje dalszą utratę wsi. Ale politycy PSL wierzą chyba, że w czasie wyborów da się nadrobić wszystkie straty. Poza tym sposób prowadzenia kampanii przez inne partie zawsze może przynieść taki efekt, że Leszek Kolakowski i Leszek Budrewicz będa nagle z rozpaczy na PSL głosować (były takie wybory). Z SLD nie mogliby na razie rządzić z powodow matematycznych, ale dwie partie hołdujące TKM dogadają się zawsze na dowolnej płaszczyźnie.
PiS - PSL
PiS może z PSL bo obie partie lubie centralizację władzy, chodzą "w nogę" z Kościołem Katolickim, nie tylko ich elektoraty ( wołanie o państwo opiekuńcze), ale i kadra polityków ma ze sobą mentalnie najwięcej wspólnego. Obie partie trochę się boją Unii, a trochę chcą wydoić Europę (kasę, brać, nie kwitować). To naturalny sojusz Polski małych miasteczek z Polska wsią.
PO-SLD
PO nie ma problemu z SLD: obie doznały upojenia arogancją wladzy, wynikajacą z wiary, że chwila trwa wiecznie.Obie są w gruncie rzeczy neoliberalane ( wystarczy przypomnieć sobie antysocjalne decyzje i projekty rządu premiera Millera). SLD zawsze dogada sie z Kościołem. Kłopoty wynikające z różnych koncepcji światopoglądowych (stosunek do gejów i lesbijek) i różnic życiorysów (tu przeważnie opozycja demokratyczna, tam przeważnie PRL) są w stanie odłożyć do następnych wyborów lub pierwszego lepszego kryzysu rządowego. No i spoiwo "number one": niechęć u polityków, a strach u elektoratu przed powrotem PiS do władzy.
PiS - SLD
SLD zawarło już znany sojusz z PiS w sprawie mediów, znana jest współpraca w samorządach. Trudna bylaby zgoda co do Kościoła, religii w szkole etc. Ale można tu liczyć na elastyczność SLD, które kiedyś nawet prezydentowi Wałesie dało cztery ministerstwa dla świętego spokoju, choć w innym dla siebie czasie. Jeśli chodzi o sprawy społeczne, to SLD werbalnie, a PiS jednak też realnie ujmuje się za biedniejszymi, gorzej wykształconymi. Ale istniejący w SLD wielbiciele Miltona Friedmanna ucichliby na trochę w zamian za możliwosć rządzenia. Co by się działo w rządzie z premierem Kaczyńskim i wicepremierem Napieralskim - chciałbym obejrzeć. Zwlaszcza w przypadkach takich jak ostatnia afera gruntowo - kościlena, gdzie były esbek uwłaszczał wieczny Kościół.
PO- PiS
Najmniej prawdopodobna, choć to dwie najbliższe sobie ideowo partie. Inny stosunek do wolnego rynku, ale identyczny do Kościoła i historii. Poza toksynami unoszącymi się między obu aparatami partyjnymi i spływającymi w dół, do wyobrażenia. Jedyny problem byłby z wymazaniem z pamięci wzajemnych atatków dochodzących do apogeum żółci. Ale i jedni i drudzy wierzą, że najlepsze co mogą dać Polsce, to oni sami, a to niezła motywacja do zawierania kompromisów. Mój kolega porownal konflikt tych dwu partii do małżeńskiego z filmu "Wojna państwa Rose". Jeśli oglądali mogą nie kołysać żyrandolem w momencie ostatecznym (odsyłam do filmu).
I co ?
Ani Ruch 10 Kwietnia, ani partia Palikota - zjawiska wynikające ze słabości istniejacych partii nic tu nie zmieniają. Czyli co ? Panowie Bugaj i Jurek ! Jesteście tak uczciwi i ideowi, że jednym tchem pochwalił was za to ktoś tak kapryśny i złośliwy jak Rafał Zienkiewicz...
Do dzieła - bo ktoś dzieła za was "zdieła" i znów będziecie na wszystkich obrażeni. Akurat Wasza publiczna polemika bylaby o czymś i dla Polski. I byśmy się wreszcie różnili całkiem, ale bez poczucia wstydu. Ja bym się podlączył i nawet chętnie był po przegranej stronie nie plując na zwycięzców, nie mówiąc już, że też postponował przegranych będąc stronnikiem zwycięzców po wygranej.
Oczywiście "only as a" publicysta...
Leszek Budrewicz





Komentarze
Pokaż komentarze (3)