Najpierw krotki rozped, troche jakby stroli instrumenty. Potem nagle sciana dzwiekow, bardzo mocny wokal (do pieciu nawet jednoczesnie meskich glosow na szesciu muzykow, w tym pieciu instrumentalistow). Gdyby pytac, po co jeste Brav Festival - uzasadnila by w tym roku jego istneinie chocby ten jeden koncert "Bachu Khan. Piesni pustyni Thar, poetyckie improwizacje ludu Langa. Wielominutowy monotonny spiew z naglymi zminami linii melodycznje i przejsciami perkusyjnymi godnymi kapeli jazzowej. Jednostajnosci melodii (ale przeciez trudnej do prostego zanucenia) towarzysza na pierwszym planie wirtuozerskie popisy instrumentalne. Wciaga jak cholera i moc w tym jest, ale tez swoboda, jakby muzycy chcieii przypomniec te zasade, ze "rob, co lubisz, nigdy nie bedziesz pracowal".
To bylo na razie - nie wszystko widzialem - pierwsze naprawde wielkie " cos". Porwali publicznosc sila muzyki nie wstajac nawet - mozna powiediec.
Grupa spiewa w jezyku marvari, ich rodzimym, kiedys spiewy byly "dla panow", dzis na uroczystosci rodzinne i festwiale folk. Graja na sarangi (strunowy), murli i algaza (dete), morchnag (drumla) i i kharta (drewniane kastaniety).
Sam Bachu Khan, solista o mocnym wysokim glowie, jeste tez jakby poldydrygentem calje sekcji. Zwielokrotniony przez mury wroclawskie synagogi "Pod bialym bocianem" wokal, i nie popisy, ale jednak perfekcyjna gra polimprowizacyjna - no naprawde (powtarzam dla podkreslenia wrazenia). Teksty o milosci, nadziei, utracie i odzyskaniu... Ach, te Indie...




Komentarze
Pokaż komentarze (2)