6 obserwujących
226 notek
89k odsłon
  36   0

Master. 66 - ostatni

Punktualnie o szóstej Miecz Ścinający Trawę pojawił się na stojaku, w jednej chwili go nie było, w następnej był. Pojawił się z zaświatów. Dwie służące wprowadziły Marikę, która wyglądała olśniewająco. Gi zajął miejsce na samym środku sali, skąd da znak do rozpoczęcia Wielkiej Gali, gdy tylko pierwsza ofiara na rzecz Szatana zostanie złożona.

Marika, przekonana, że zostanie żoną albo kochanką człowieka, który stoi na środku, nie bała się o swoje życie, ale nie miała ochoty na to, czego mogła się spodziewać. Nic jednak nie mogła zrobić, była jeszcze dzieckiem, które trafiło do drapieżnego świata dorosłych, złych dorosłych. W zasadzie to mogła coś zrobić i zrobiła to. Modliła się myśląc o mamusi.

Kiedy szósta wybiła, sześciuset sześćdziesięciu sześciu oświeconych wzniosło kielichy szampana, krzyknęli chórem Ave Satan i wypili alkohol. Teraz czekali na tego, który działał bezpośrednio na rozkaz Szatana. Podniecenie rozlewało się w żyłach, byli elitą świata. Wiedzieli o legionach diabłów, o słabości przeciwników, o naturalnej ludzkiej skłonności do służenia silniejszym.

Wszyscy spodziewali się zmian, lekcje historii pokazywały, że władza skupia się w końcu w ręku jednego człowieka, tym człowiekiem był Gi. Satoreg zdawał sobie sprawę, że sześciu najwyższych jest bezradnych, zabrakło Wiktora Beriezowa. Bez niego Gi może robić co zechce, został wybrany przez samego Szatana, więc teraz nie zadowoli się cierpliwym czekaniem na awans, na pewno zechce wziąć wszystko co jest do wzięcia.

Wiktor był bezradny, raz spróbował się szarpnąć i uciec, ale było to żałosne. Silne dłonie usadziły go natychmiast jak niesfornego dzieciaka. Nagle zdał sobie sprawę, jak jego nieobecność może wpłynąć na układ sił wśród oświeconych, ta świadomość zaczęła wpędzać go w rozpacz. Chciał porozmawiać z Chenem, ale tamten gdzieś przepadł, zwrócił się więc do Janusza.

Proszę, pomóż mi. Wypuście mnie, bo inaczej stanie się coś bardzo złego.

Co takiego?

Gi może uzyskać zbyt wielką władzę.

Przecież pragniecie wielkiej władzy. Powiedział zdziwiony Janusz. Żadna nie jest dla was zbyt wielka.

Tak, ale Gi chce rządzić sam, nasze prawo stanowi, że rządzi sześciu, to zapewnia równowagę.

Dla nas jest obojętne czy będziecie mieć jednego szefa, czy sześciu. Nie możemy cię wypuścić, bo powiedziałeś, że jak wrócisz, każesz zabić niewinnych ludzi. Nie możemy narazić ich na niebezpieczeństwo.

Ależ oni tak czy tak zginą.

To ciekawe. Mów dalej.

Dziś, kiedy Szatan zstąpi na Ziemię, wielu niewolników i niewolnic zostanie złożonych w ofierze. Odbędzie się wielka orgia, mamy ponad tysiąc dzieci, wiele z nich nie przeżyje do jutra. Szatan będzie pił krew i zyska nieskończoną władzę na świecie. Właśnie teraz w pałacu królewskim w Brukseli zebrali się władcy wszystkich krajów, bawią się i świętują. Oni już wiedzą, że muszą nam służyć, ale oni lubią służyć silnym, wiedzą, że Master jest łaskawy dla jego sług.

Janusz patrzył na Wiktora z obrzydzeniem.

Zamknij się gnojku. Budzisz we mnie pogardę a pogarda jest grzechem. - wstał i odszedł wzburzony.

Statek Szatana znalazł się nad Europą i diabły rozpoczęły desant. Sześć po szóstej pierwsze kohorty znajdą się na brukselskich, paryskich, londyńskich i rzymskich ulicach. Kolejne legiony przygotowywały się do skoków. Diabeł, który dotknął ziemi robił spory lej, skakali zwykle na lekko ugięte nogi, ale głównym amortyzatorem był skręcony ogon. Po wylądowaniu każdy z diabłów rozpoczynał realizację osobistego programu, w którym wyszczególnione były kolejne zadania. Niektóre osobniki działały samotnie, niektóre tworzyły mniejsze lub większe oddziały. Do bazy spływały kolejne zgłoszenia o zajęciu pozycji i gotowości operacyjnej. Zabijaj-ZłamWolę-Panuj koordynował kolejność wysyłania legionów. Czterej ogromni jeźdźcy na ogromnych rumakach zjadą w dół na samym końcu. Plan był gotowy od dawna.

Chen biegł, ale idący spokojnym i równym krokiem Marek, był ciągle daleko przed nim. Było chyba pięć po szóstej, gdy wszedł na schodki, otworzył drzwi i wszedł do środka. Chen był przy tych drzwiach kilkanaście sekund później, wciąż były otwarte. Puścił się biegiem w głąb korytarza, za znikającą sylwetką Marka, gdy nagle poczuł mocne uderzenie w twarz i drugie, jednoczesne w żołądek. Upadł i leżał chwilę, dochodząc do siebie. Dwaj potężni, barczyści mężczyźni zagradzali mu drogę. Podniósł się, przeskoczył między nimi i pognał dalej, tamci zaczęli strzelać, na szczęście niecelnie.

Marek wszedł do olbrzymiej sali, był na scenie, niżej kłębił się milczący tłum. Widział wspaniale wystrojonych ludzi, widział dzieci, które czekały na swoje przeznaczenie, widział nagie kobiety, roznoszące tace z alkoholem. Uderzyła go cisza, nieadekwatna do takiej ilości ludzi, wszyscy oni wpatrywali się w niego. Gdyby miał więcej czasu, na pewno pokonałaby go trema, nie był przyzwyczajony do tysięcy śledzących go oczu. Teraz jednak to nie miało znaczenia. Kilka sekund wystarczyło, żeby wiedział gdzie, co i kto jest. Podszedł do stojaka, podniósł wspaniały miecz i reszta przestała mieć znaczenie. Ćwiczył się do tego momentu. Odpędził wszelkie zbędne myśli, przeszkadzające wykonać zadanie. Czekał długo na ten moment, musi przez to przejść, aby otrzymać nagrodę. Nieważne co i dlaczego ma przeciąć mieczem, ważne, aby zrobić to dobrze.

Chen wpadł w drzwi i zobaczył Marka, gdy ten trzymał miecz w ręku, wyjęty z pochwy błyszczał nad głową. Kilka szybkich kroków zrobionych błyskawicznie trwało niespełna sekundę.

Błysk spadającej katany, tupot nóg, gdy Marek tyłem wracał na miejsce, z którego wziął miecz.

Kiedy Marek zatrzymał się, ukląkł i położył przed sobą zakrwawioną broń.

Ciszę można było kroić, tak bardzo zgęstniała. Cięcie było perfekcyjne, zgodne z zasadami sztuki zabijania. Tylko najwięksi samurajowie umieli tego dokonać. Na zegarze widniała równo szósta sześć.

Gi zrobił trzy kroki do przodu, a potem rozpadł się na dwie równe części.

Koniec

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale