Pierwsze sondaże z Wałbrzycha wskazują na zwycięstwo kandydata popieranego przez Platformę Obywatelską. Ta sama partia kupowała wybory kilka miesięcy wcześniej. Zaraz po ujawnieniu afery pisałem, że PO niepotrzebnie kupowała wybory, które i tak by wygrała. Okazuje się, że miałem rację.
Przyznam jednak szczerze, że dziwi mnie fakt, że wyborcy poparli kandydata partii, która nie tylko korumpowała wyborców, ale i nie widziała w tym nic złego. Owszem, rozwiązano struktury (ale ci sami ludzie zaraz wrócili, minus podejrzani i oskarżeni, rzecz jasna), a rzecznik PO w regionie tłumaczył, że złe było to, że PO dała się złapać...
Na wynik, na pewno, miała wpływ popularność kandydata. Ale to nie powinno powstrzymać obywateli przed pokazaniem żółtej kartki. A jednak tak się nie stało. Dlaczego?
Po pierwsze, możliwe jest, że kontrkandydaci byli na tyle marni, że nie mieli szans w starciu z Szełemejem. Jest to bardzo możliwe. W zasadzie tylko Wild i Lubiński mogli zbliżyć się do poziomu, za którym mogli marzyć o podobnym poziomie popularności.
Po drugie, rządząca od lat w Wałbrzychu Platforma miała najwięcej pieniędzy na kampanię wyborczą. Nawet wolontariuszom trzeba choć trochę zapłacić - choćby w formie zimnych napojów (ciepłej herbaty) czy przekąsek. Nie mówiąc o tym, że zawód partyjnego wolontariusza bywa całkiem nieźle płatny w zależności do tego do jak dużych pieniędzy dostęp ma partia. Ale to nie musiało wcale przesądzić - plakatów PiS w 2007 było zatrzęsienie (spotów też), partia miała dostęp do wszystkiego, a jednak przegrała.
Mogły się też zbiec inne czynniki. A to by oznaczało, że nasza demokracja ma poważny problem. Jedynym plusem w tych wyborach jest spora, jak na Wałbrzych frekwencja.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (22)