Kiedy wczoraj pod Kancelarią Premiera podpalił się zdesperowany mężczyzna, było jasne, że ktoś zechce tego użyć w kampanii wyborczej. Taka "gratka" zdarza się raz na kilka kampanii wyborczych i nie sposób tego przepuścić.
Zaczął premier Donald Tusk, natychmiast przerywając niezbyt dla niego wygodny objazd kraju. Zrobiło to "aby przyjrzeć się czy mężczyzna ma dobrą opiekę w szpitalu". Oraz, aby "przyjrzeć się jego sprawie". Nie wiem, co prawda, jaką inną niż dobrą opiekę mógłby mieć ów niedoszły samobójca w warszawskim szpitalu na Szaserów (w którym lubią leczyć się generałowie, a oni są wymagający), ale widać premier musi to sprawdzić osobiście, bo to tak dobrze wygląda przed kamerami.
Natychmiast dołączyli do premiera inni prawicowi politycy - Elżbieta Jakubiak z PJN praktycznie oskarżyła premiera o spowodowanie tej próby samobójczej (może jeszcze Donald Tusk dokonał bilokacji i sam przytknął zapałkę?), a dziś Jacek Kurski uznał, że to "wielkie oskarżenie państwa Tuska", tak jakby za stan urzędów państwowych i toczące je nowotwory korupcji i nepotyzmu odpowiadał tylko obecny rząd, a nie wszystkie z ostatnich kilkunastu lat.
Na tym tle chwilowo dobrze wypadł Jarosław Kaczyński, który ograniczył się, w zasadzie, do życzenia powrotu do zdrowia i wyraził nadzieję, że desperat będzie mógł wrócić do "normalnego życia".
SLD, PSL i Ruch Palikota przezornie milczą w tej sprawie, jakby zdając sobie sprawę, że robienie kampanii na żywych pochodniach nie jest tym co wyborcy lubią najbardziej. Robią swoje, nie ignorując sprawy, ale też nie mówiąc o niej. Bo i po co?
Trzeba jednak przyznać, że o ile robienie kampanii na tak tragicznym wydarzeniu jest niesmaczne, o tyle Donald Tusk nie miał za bardzo wyjścia. Gdyby nie przerwał podróży i nie zjawił się w Warszawie, to zarzucono by mu bezduszność i obojętność. Zapewne ustami posłanki Jakubiak i europosła Kurskiego. Z drugiej strony, premier nie musiał mówić nic więcej ponad to, że w związku z tym wydarzeniem musi przerwać podróż i zjawić się na chwilę w Warszawie. Jego doradcy od PR nie są widać tak dobrzy jak się mówi.
Ale to i tak premierowi ujdzie na sucho - jest ulubieńcem większości mediów, w związku z czym nawet jakby z tej okazji zatańczył na linie żonglując pochodniami, to w "Faktach" obejrzelibyśmy materiał przekonujący nas, że to hołd premiera dla niedoszłego samobójcy, a "Gazeta Wyborcza" uznałaby to za alegorię rządzenia krajem będącą równocześnie wyrazem solidarności z desperatem.
Strach pomyśleć co byśmy usłyszeli (i przeczytali) gdyby zrobił tak jakikolwiek inny polityk. Z niecierpliwością czekam na to, by usłyszeć, że Kurski jest tym kim jest, czyli polityczną hieną. Choć w tej sprawie hien było więcej.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (17)