Dzięki łaskawości prawicowych rządów, nie przykładających się zbytnio do kontrolowania pracodawców i likwidujących Sądy Pracy (tak aby jak najdalej było do sądu), miliony Polaków pracuje na umowach śmieciowych za upokarzające pieniądze i de facto w roli niewolników. Państwo traci na tym, bo umowy te powinny być umowami o pracę, czyli umowami objętymi ubezpieczeniami społecznymi.
Minister Boni wpadł na "genialny" pomysł jak chronić interes Skarbu Państwa. Czy chce napuszczać na pracodawców Inspekcję Pracy? Nie. Czy chce ułatwić pracobiorcom postępowanie przed Sądami Pracy? Ależ skąd. Minister postanowił oskładkować umowy o dzieło. Blady strach padł na wszystkich pisarzy, artystów, dziennikarzy (dla których oznacza to zmniejszenie dochodów), a pracodawcy zacierają ręce, bo już nikt nie będzie im groził pozwami o stwierdzenie stosunku pracy itp. A płatny urlop? Ojej, no po co to prawo pracobiorcom? Oni mają pracować na swoich panów.
Tym bardziej, że obłożenie umów o dzieło składkami nie podniesie wypłat netto, a je obniży. W stosunku do tych umów nie obowiązują przepisy dotyczące minimalnej wysokości wynagrodzenia. Dla korporacji to jak dodatkowa gwiazdka, bo będzie można więcej ludzi w ten sposób zatrudniać. Prezesom i zarządom wzrosną premie, a losem bydła to oni nigdy się nie przejmowali. Bydło ma nich robić i nie narzekać, bo przecież łaskawie dają pracę za 6 złotych netto za godzinę.
Pomysł Michała Boniego jest odwróceniem porządku rzeczy. Zamiast dbać o przestrzeganie prawa, rząd chce zalegalizować bezprawne działania pracodawców. A przy okazji wziąć za mordę dziennikarzy i artystów, coby broń boże już się rządowi nie sprzeciwili.
PO obiecywała nam więcej pracy. Nie mówiła, że będziemy mieli za to więcej pieniędzy. Może jednak czas już wyjść na ulice i udekorować parę latarni dobrymi garniturami z zawartością?
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (9)