94 lata temu bolszewicy dokonali zamachu stanu i przejęli władzę w Rosji. Jej umacnianie potrwało jeszcze kilka lat, w czasie których większość świata uwierzyła, że zamach ten był rewolucją. I tak też zapamiętano ów dzień - jako dzień Rewolucji Październikowej, obchodzony 7 listopada. To się nazywa zwycięstwo bolszewickiej propagandy!
Świat był wówczas w dziwnym punkcie - wciąż trwała I wojna światowa, która przerwała drugą falę globalizacji (mało kto pamięta, że po świecie kapitał wędrował wówczas równie swobodnie jak dzisiaj). Rosja zaś zajęła się samą sobą, by w ciągu następnych dwudziestu lat przejść drogę od kraju rolniczego do przemysłowego i okazać się drugim supermocarstwem świata.
Bolszewicy nie spełnili pokładanych w nich przez nielicznych nadziei - nie uratowali pracobiorców przed wyzyskiem, wręcz przeciwnie, ZSRR wykorzystywał swoich obywateli równie mocno jak dowolna korporacja obecna dziś na rynku. Za to obecność państwa formalnie komunistycznego (a faktycznie szowinistycznie wielkoruskiego) wpływała tonizująco na zapędy korporacji w państwach, które pozostały kapitalistyczne. To wtedy okazało się, że nie są stratą dla wolnego rynku ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani płatne urlopy, ani nawet ubezpieczenia społeczne czy płaca pozwalająca nie tylko przeżyć następny dzień, ale nawet coś odłożyć.
Dziwne, prawda? Dziś znów stoimy w miejscu, w którym trzeba przypomnieć tak zwanym kapitalistycznym wyzyskiwaczom (no co, jest rocznica, mogę dziś tak powiedzieć!), że prawa pracownicze wcale im nie szkodzą. O ile, oczywiście, nie zamieniają się w takie przywileje jak nienaruszalność pracownika i jego miejsca pracy. Wręcz przeciwnie - lata w których tzw. państwa kapitalistyczne wprowadzały elementy państwa opiekuńczego i dbały o prawa pracownicze były również latami ich najszybszego rozwoju, co widać zwłaszcza w latach po II wojnie światowej i nie chodzi tu tylko o odbudowę.
Oburzeni wydają się to w jakiś sposób rozumieć, choć ich oburzenie skierowane jest przede wszystkim przeciwko temu, że to biedni mają płacić za błędy bogatych (w olbrzymim myślowym skrócie ujmując). Ale faktem jest, że dziś znów musimy walczyć o 8-godzinny dzień pracy, prawo do płatnych urlopów czy godnej płacy.
Na szczęście nikt nie proponuje rewolucji. Wszyscy, jakie to dziwne, wolą ewolucję.
I tak trzymać. Nawet jeśli paru finansistów przydałoby się powiesić, to przecież wiadomo doskonale, że wieszanie nie rozwiąże problemu. Dlatego ewolucja jest lepsza niż rewolucja. Mniej ludzi ginie.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (3)