0 obserwujących
220 notek
36k odsłon
496 odsłon

Trump jest przyjacielem Syjonu!

Wykop Skomentuj6

14 maja 2018 roku niezwykle uroczyście obchodzono 70. rocznicę powstania państwa Izrael. W tym dniu nastąpiło też oficjalne przeniesienie ambasady Stanów Zjednoczonych z Tel Awiwu do Jerozolimy, co wywołało wśród Żydów „kumulację szczęścia”, manifestowaną na ulicach, na których wywieszono wielką liczbę transparentów i plakatów sławiących Donalda Trumpa. Widać też było liczne billboardy z jego wizerunkiem, a żydowscy mieszkańcy Jerozolimy ozdobili zdjęciami prezydenta amerykańskiego okna i balkony swych domów, a nawet samochody. Wśród haseł widniejących na plakatach wyróżniały się szczególnie dwa: „Trump czyni Izrael wielkim” i „Trump jest przyjacielem Syjonu”. Z tej okazji zapowiedziano także wybicie specjalnej edycji monet z wizerunkiem Trumpa, a klub piłkarski Beitar ogłosił, że zmienia nazwę i od teraz będzie się nazywać – Beitar Trump Jerozolima.

Uroczystego otwarcia ambasady amerykańskiej dokonała córka prezydenta USA Ivanka, której asystował mąż Jared Kushner. W ceremonii brali także udział: zastępca szefa dyplomacji amerykańskiej John Sullivan, sekretarz skarbu Steven Mnuchin oraz licznie przybyli senatorowie i kongresmeni. Stronę izraelską reprezentowali prezydent Reuwen Riwlin i premier Benjamin Netanjahu, który w swoim przemówieniu podkreślił, że to „historyczny moment”, oraz że „to dzień, który będzie wygrawerowany w naszej narodowej pamięci na pokolenia”. Podziękował również prezydentowi amerykańskiemu „za odwagę w dotrzymaniu obietnicy”, a swoje wystąpienie zakończył stwierdzeniem, że Jerozolima to „wieczna i niepodzielna stolica Izraela”.

Jednostronna i arbitralna decyzja administracji amerykańskiej, nielicząca się ze skomplikowanymi uwarunkowaniami i opinią międzynarodową, doprowadziła do tego, że ceremonię zorganizowaną przez izraelskie MSZ zbojkotowało 54 z 86 ambasadorów, w tym większość państw UE, spośród których wyłamały się tylko: Austria, Węgry, Rumunia i Czechy. Sytuacja ta jest konsekwencją działań podjętych przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, który 6 grudnia 2017 roku uznał Jerozolimę za część terytorium Izraela i za jego stolicę oraz postanowił przenieść do tego miasta ambasadę swojego państwa. USA broniąc tej decyzji doznały jednak prestiżowej porażki na forum międzynarodowym, bowiem już 18 grudnia 2017 roku odbyło się głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, podczas którego wszyscy jej członkowie, oczywiście poza przedstawicielem Stanów Zjednoczonych, głosowali za projektem rezolucji potępiającej działania Amerykanów. Pomimo tego, że rezolucja została zablokowana wskutek weta amerykańskiego, to należy podkreślić, że taki wynik głosowania (14:1) „bardzo rzadko zdarza się w Radzie Bezpieczeństwa, zwłaszcza przeciw supermocarstwu o globalnej sieci sojuszy”. Kolejną porażkę administracja Trumpa zaliczyła 21 grudnia na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które w przyjętej rezolucji potępiło jej poczynania dotyczące zmiany statusu Jerozolimy. „Stany Zjednoczone głosowały przeciw wraz z Izraelem i 7 innymi państwami. Lecz za projektem było 128 państw, stanowiących dwie trzecie członków ONZ i aż trzy czwarte uczestników głosowania, bo 35 krajów – w tym Polska – wstrzymało się od głosu, a 21 nie uczestniczyło w głosowaniu”[1]. Jednak nie zniechęciło to Trumpa do forsowania „swoich” koncepcji w stosunku do Bliskiego Wschodu, czego ostatnim przykładem jest wystąpienie USA z Rady Praw Człowieka ONZ, co ma związek z „nadmiernym” krytykowaniem Izraela przez tą instytucję. I jeśli nawet można się zgodzić z krytyczną opinią wyrażoną przez ambasador Nikki Haley, która powiedziała, że „po raz kolejny ONZ pokazuje swoją hipokryzję piętnując Stany Zjednoczone, podczas gdy jednocześnie ignoruje naganną kartotekę praw człowieka wielu członków swojej Rady”, oraz że organizacja ta jest „protektorem państw łamiących prawa człowieka i szambem (kloaką) politycznych uprzedzeń”[2]. To jednak należy zwrócić uwagę na to, że administracja amerykańska swoim bezwarunkowym poparciem dla Izraela ośmiela to państwo do dokonywania kolejnych bandyckich czynów, co niewątpliwie przyczynia się do eskalacji napięcia w całym regionie.

Nie można też inaczej rozpatrywać, jak tylko w kategoriach wzmocnienia pozycji Izraela, ostatnich posunięć Trumpa wobec Iranu, z którym zerwał on niedawno porozumienie dotyczące irańskiego programu nuklearnego i zapowiedział nałożenie na ten kraj dotkliwych sankcji[3]. USA zaostrzając kurs w stosunku do Persów nie tylko nie liczą się z opinią pozostałych sygnatariuszy porozumienia, ale także zachowują się w taki sposób, jakby szukały pretekstu do wywołania wojny z tym państwem. Przypomina to rozgrywkę z Irakiem, który posądzano o „posiadanie broni masowej zagłady i o gotowość udostępnienia jej Al-Kaidzie”, ale do dzisiaj nie przedstawiono na to wiarygodnych dowodów, chociaż podobno intensywnie ich poszukiwano. Także domniemane „powiązania reżimu Saddama z Al-Kaidą i innymi organizacjami terrorystycznymi nie znalazły potwierdzenia”[4]. Nie może więc dziwić, że cały świat z niepokojem obserwuje, jak prezydent USA wygłasza groźby wobec Teheranu, które najwyraźniej nie mają innego uzasadnienia poza troską o interesy sojusznika izraelskiego. W tych okolicznościach wcale mnie nie zdziwi, gdy Stany Zjednoczone zdecydują się na kolejną inwazję, zapewne pod wielce „humanitarnym” hasłem – „Irańska Wolność”, przypominającym do złudzenia podobny slogan propagandowy zastosowany podczas rozprawy z Irakiem. Tyle tylko, że poza pozbyciem się brutalnego dyktatora nie osiągnięto w Iraku nic znaczącego, a powstały w wyniku tej awantury wojennej chaos kosztował setki tysięcy istnień ludzkich i biliony dolarów strat. Czy więc zanosi się na to, że tym razem będzie podobnie?

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka