Na kilku blogach (czywiście blogach naszych szanownych Pań Salonowych) pozwolilem sobie dzisiaj postawić pytanie o różnicę między kobietą prawicową a kobietą nieprawicową.
Pomimo pokaźnej liczby lat na karku (i niestety mniej imponującej liczby empirycznych eksperymentów w tej dziedzinie) zagadka płci odmiennej jest w dla mnie w dalszym ciągu sprawą ważną - i co tu ukrywać - ekscytujacą.
W zasadzie otrzymałem tylko jedną wyczerpujacą odpowiedź (za którą jestem niezmiernie wdzięczny) i którą pozwolę sobie zacytować w całości: „Czym różni się "Kobieta Prawicowa" od "Kobiety Liberalnej"? Mam wrażenie, ze ta prawicowa lubi być po prostu kobietą. Lubi, gdy jest szanowana właśnie z powodu swojej kobiecości, przepuszczana w drzwiach i otaczana atencją mężczyzn. Niezależnie, czy akurat podaje obiad, czy jest szfową korporacji. A liberalna udawadnia cały czas że jest taka sama jak mężczyźni i uważa każdy przejaw szacunku jako uwłaczający bo podkreślający jej wyimaginowaną "słabość", hasło "kobiety na traktory" jest dla niej nadal aktualne.“
Zazadniczo sam sobie jestem winien. Tak to już niestety bywa, że sama w sobie chwalebna chęć poszerzania horyzontów często niestety prowadzi na manowce lub w inny ślepy zaułek. Aby dalej się nie pogrążać zaoszczędzę sobie zbytecznej bazgraniny zdając sie na wiedzę i doświadczenie szanownych Komentatorów i Komentatorek oczywiście.
Zwracając się zaś do męskiej części Salonu zapytam tylko czy rzeczywiście chcemy parytetów w polityce? Nawet jeśli założymy (czynność ostatnio niezmiernie popularna na Salonie), że te parytety będą miały zmysłowe usta „Angeliny“, habrowe oczęta bliźniaczek Napieralskiego oraz nogi pani posłanki Muchy?
R`n`R


Komentarze
Pokaż komentarze (69)