Zainspirował mnie rzecz jasna kolega z latte, sąsiad z 2 piętra, swoim wpisem o kolędzie, której nie było, a która jest taka zabawna...no boki zrywać. Bo przychodzi taki se gruby ksiądz (och ta kuchnia wypasiona na plebani, za tace oczywiście), święci dom za pomocą szczotki do butelek, gdyż autor ww notki nie ma nic innego, jako przykładny młody wykształcony z wielkiego miasta nie pamieta o czymś takim jak kolęda, a księdza wpuszcza do swojego zakredytowanego mieszkania tylko przez wzgląd na babcię.

Wiem, wiem, jestem nudna, ponura, nie mam za grosz dystansu do szarej rzeczywistości i nie rozumiem różnych buntowników z wyboru.

Ale przy okazji tej notki zastanowiłam się chwilę nad sensem wizyty duszpasterskiej, zwanej kolędą.

Ksiądz w naszej parafii co roku, gdy zakończy odwiedziny, robi podsumowania. Mówi dokładnie ile zebrał pieniędzy i na co je przeznacza. Podaje, ile domów go przyjęło, jaki to procent wszystkich mieszkańców. Wychodzi mu około 1700 domostw.

I tu łapię się za głowę.

 

Miałam kiedyś epizod pracowania jako kurator sądowy - społeczny, jako że nie pobierałam za to wynagrodzenia. W każdym miesiacu odwiedzałam około 15 rodzin swoich podopiecznych (najczęściej dłużników Providenta) i pisałam raporty o nich do sądu.Raporty były jednostajne, ponieważ w znakomitej większości skazańcy to byli ludzie tacy jak inni, tylko bardziej naiwni. Oczywiście kolęda nie ma nic wspólnego z wizytowaniem kuratora prócz tego, że jest wejściem na obce terytorium.

Ludzie niby nie strzykają niczym kocury, żeby zaznaczyć swoją władzę w danym obszarze, a jednak to, co mnie najbardziej męczyło i stresowało w tych wizytach, to była ta konieczność wejścia na cudzy teren. To się czuło, to było namacalne i bardzo niekomfortowe.

Dość powiedzieć, że rzuciłam tę robotę po kilku miesiącach, choć nigdy żadna przykrość mnie w tych domach nie spotkała. Ale ja tych ludzi, których odwiedzałam ciągle miałam w pamięci, nie chciałam widziec ich intymnego, rodzinnego życia, to tak jakby kogoś podglądac, podsłuchiwać. Przychodziłam, kiedy oni mieli przecież swoje sprawy i swoje życie, a ja niby musiałam być częścią tego życia, ale jednak nie mogłam. Za dużo cierpienia u nich widziałam, przytłaczały mnie ich problemy, ich szarpanina życiowa, strach przed jutrem.

I tak sobie kiedyś pomyślałam o tym księdzu, który odwiedził te ponad tysiąc domów. Jaką on musi mieć psychikę, jak musi pracować nad sobą, żeby temu podołać. Przychodzi do nas i my myślimy, że jesteśmy pępkiem świata, że zasługujemy na jakieś specjalne potraktowanie. I jak tylko ksiądz nie zachowa się tak, jak my to sobie wyobrazimy, od razu wpieniamy się na niego, obgadujemy, narzekamy i oczywiście wypominamy mu tę nieszczęsną kopertę.

A teraz sobie trzeba wyobrazić, że każda z tych rodzin, które on odwiedza, myśli i projektuje sobie to wszystko, tak jak my. Sąsiedzi obok nas też są przekonani o swojej wyjątkowości.

I na koniec pomyślcie o tym, że przecież ten ksiądz zdaje sobie z tego sprawę: że oczekujemy od niego niemożliwego.I czuje, że wchodzi na obce terytorium. Jest jednak tylko księdzem, a nie Bogiem. Owszem, posługa duszpasterska wymaga poświęceń i specjalnych umiejętności. Ale zanim zaczniemy wyrzekać, przypomnijmy sobie, że ksiądz to też człowiek.No i przekonani o swojej wyjątkowości, wyobraźcie sobie, że należycie do parafii, chodzicie od czasu do czasu do kościoła, a ksiądz do was nigdy! to by był dopiero skandal, nieprawdaż? jakbyście się czuli, gdyby ksiądz nie wychylał nosa ze swojego pokoju, co?  Ale jeśli nie możecie w to uwierzyć, że ksiądz to człowiek i że parafia żyje między innymi dzięki kontaktom nawiązywanym podczas kolędy,  to go nie zapraszajcie do swojego domu. On na siłę nie wejdzie, nie jest komornikiem, ani przedstawicielem urzędu miejskiego.