Antoni Macierewicz nominowany na szefa komisji badającej katastrofę smoleńską, nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem w takiej roli. Już w latach 2005-2007 Jarosław Kaczyński swoją decyzją kadrową przy likwidacji WSI wskazał kto jest dla niego człowiekiem do zadań specjalnych. Żeby nie powiedzieć PiSwoskim agentem 007.
Przypomnijmy sobie atmosferę powstawania komisji likwidującej Wojskowe Służby Informacyjne. PiSowski rząd w koalicji z populistami pod nieustannym atakiem mediów i opozycji, pomimo, że stara się prowadzić politykę racjonalną, zmieniać Polskę, wciąż nie może przebić się ze swoją „dobrą nowiną” do społeczeństwa. W tym momencie, Jarosław Kaczyński nie decyduje się na promowanie kolejnego Marcinkiewicza. Czarusia, który ociepli wizerunek rządu i jego działań. Wręcz przeciwnie, na czele wspomnianej komisji stawia Antoniego Macierewicza. Człowieka, z łatką „oszołoma”, który od początku lat 90 XX wieku nieustannie znajdował się pod ostrzałem mediów, prowokując je wypowiadanymi „radykalnymi” i „szokującymi” tezami. Po latach okazało się, że „oszołom” Macierewicz w wielu sprawach diagnozując sytuację w naszym kraju, miał rację. Niestety kiedy z tezami Macierewicza przechodzono do porządku dziennego, nikt już nie pamiętał, o wypowiedziach obecnego polityka PiSu sprzed kilku lat. Tak było choćby w latach 90 XX wieku, kiedy słuchając tezy o działaniu w Polsce mafii, wielu pukał się w czoło.
Podobnie było z Kaczyńskim, który przez lata wyśmiewany, za mówienie o „układach”, wraz z aferą Rywina, stał się jednym z najlepszych diagnostyków polskiej polityki.
Podejrzewam, że w tym wymiarze prezes PiS, może odczuwać pewną wspólnotę w Antonim Macierewiczem, wspólnotę „oszołomów”, jadących na jednym wózku, wyśmiewanych, ale jak pokazała historia, mających rację.
Powołując Macierewicza do likwidacji WSI, Jarosław Kaczyński sugerował, że ten kandydat jest najbardziej odporny na wszelkie naciski i gwarantuje skuteczność prac. Myślę, że miał rację. Może Macierewicz, ma skłonność do głośnego stawiania najbardziej kontrowersyjnych tez. Medialnie jest to może wada, ale z drugiej strony właśnie z tego powodu, jest on zdolny do rozwiązania spraw, które wydają się do rozwiązania niemożliwe. Tam gdzie jakiś spokojny wywarzony polityk uznałby sprawę, za zwykły zbieg okoliczności, pozostawiając kilka znaków zapytania, uznanych co prawda za oszołomskie, ale zawsze jednak pozostawiających niedomówienie, Macierewicz znajdzie spisek i sprawdzi każdy wątek, mogący tą tezę potwierdzić. Pod tym względem Antonii Macierewicz jest niczym taran, któremu nic nie jest wstanie stanąć na przeszkodzi w dotarciu do prawdy. Nie przejmuje się opiniami mediów i innych polityków. I mógłby przez to zostać uznany za śledczego idealnego. Gdyby nie pewien mankament. Czasami bardziej praktyczny niż taran może okazać się precyzyjny skalpel. Tymczasem Antonii Macierewicz, w swej dociekliwości, gwarantuje jednocześnie skutki uboczne w postaci kilku chybionych strzałów, które później bezlitośnie wykorzystują oponenci. Wystarczyło kilka pomyłek w tworzeniu listy współpracowników bezpieki w czerwcu 1992 roku, by przeciwnicy mieli argument podważający ideę lustracji. W latach 2005-2007 zdaniem wielu publicystów Jarosław Kaczyński oczekiwał na spektakularny sukces w postaci demaskacji układu. Wówczas to, ponownie mógłby powiedzieć, „miałem rację”. Zapewne, też takie nadzieje pokładał Prezes PiS, a Antonim Macierewiczu, któż jak nie on może zdemaskować sitwę stojącą na sceną polskiej polityki i biznesu. Niestety żaden spektakularny sukces nie nastąpił. Zdaniem jednych, ponieważ żadnego układu nie było. Zdaniem drugich, ze względu na siłę układu i złożoność materii. Nie ma bowiem jednej sitwy, czy pajęczej sieci, a grupy wielu często niezależnych układów.
Kiedy historia postawiła Jarosława Kaczyńskiego przed sprawą dla niego najważniejszą czyli śmiercią jego brata, ponownie sięgnął po tego, który gwarantował dokładne zbadanie sprawy. Skoro, jako premier nie martwił się o minus Macierewicza jakim jest opinia „oszołoma”, tym bardziej nie będzie się on przejmował odbiorem medialnym jego decyzji w sprawie tak osobistej jak katastrofa Smoleńska.
Szef komisji badającej tragedię z 10 kwietnia, z pewnością jest gwarantem sprawdzenia wielu wątków, które inni odrzuciliby choćby przez poprawność polityczną i strach przed medialną łatką „specjalisty od teorii spiskowych”. Z drugiej strony, taki szef komisji jest również gwarantem awantur i wysunięcia pochopnego oskarżenia, które może zdyskredytować pracę nawet najbardziej merytorycznie pracującej komisji. Można by się zastanowić, czy chociaż teoretycznie bardziej sprawny nie okazałby się Zbigniew Ziobro, ze swoim doświadczeniem z rywingate, może nawet do spółki z Janem Rokitą. W takiej komisji może również sprawdziłby się Bartosz Arłukowicz, ze swoją dociekliwością. Niestety takie rozwiązanie z powodów politycznych ( Arłukowicz), medialnych ( Ziobro dla liberalnych mediów w tej chwili jest tak samo zły jak Antonii Macierewicz) i praktycznych ( Rokita nie jest już posłem) wydaje się niemożliwe. Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłby ktoś kto dochodzi do prawdy niczym skalpel – tnąc precyzyjnie. Ktoś, kto skupiłby się na merytorycznej pracy, swoje wystąpienia popierał obszernym materiałem dowodowym i argumentacją. Poza tym jak każdy skalpel musiałby być bardzo ostry, czyli wyrazisty, ściągać uwagę mediów i pomimo powagi sprawy, zachować atrakcyjny dla mediów luz. Tylko czy ktoś taki istnieje? Jeżeli nawet tak, to najpierw należałoby go znaleźć i sprawdzić w innych mniej ważnych sprawach. W tak istotnej dla całej Polski kwestii jak śmierć prezydenta i najważniejszych osób w państwie, nie ma miejsca na eksperymenty. Dlatego nie dziwi mnie decyzja, aby zamiast szukać skalpela, oddać sprawę w ręce tarana ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami. Nie dziw mnie też, że nie idzie za ciosem i po świetnej PR-owsko kampanii nie stawia na czele komisji polityka z ładną medialnie twarzą, jego doświadczenie wzbogacone jest bowiem o casus Kazia. Pomimo tego Jarosław Kaczyński gra va banque. Antonii Macierewicz może przyczynić się do utraty przez PiS elektoratu centrowego, ale być może z perspektywy czasu okaże się, że „oszołomy” miały rację, bo przecież nie raz w ostatnich latach tak bywało. Wówczas politycy PiS staną w glorii chwały, jako ci, którzy stali po stronie prawdy i dochodzili do niej za wszelką cenę. Tylko, czy politycznie nie będzie to już ugrupowanie zmiażdżone przez postpolitykę, obciachowe dla elektoratu, zagłuszone chichotem Palikota i Wojewódzkiego.
PiS stoi przed wyborem dociekanie prawdy lub PRowską miałkością. Po klasycznie marketingowej kampanii stawia jednak na prawdę, nie dopuszcza nic pomiędzy, co można zrozumieć, bo w dochodzeniu prawdy nie powinno być miejsca na kompromisy. Kiedy ma się jednak do dyspozycji brutalny taran bez narzędzi bardziej precyzyjnych, istnieje obawa, że wrzawa jaka wybuchnie w związku z użyciem takiego narzędzia, może zagłuszyć to co jest meritum sprawy.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)