Niezależnie od poglądów, większość Polaków, patrzy zapewne z zażenowaniem na całą sytuację, która ma miejsce przed Pałacem Prezydenckim.
Staram się zrozumieć ludzi, którzy tak zaciekle i fanatycznie bronią krzyża. Nie odmawiam im dobrych intencji, ale wydaje mi się, że po prostu nie rozumieją czasów, w których przyszło im żyć. Taki zryw, taka obrona miałaby sens, kiedy ten krzyż byłby ostatnią ostoją wolności wiary w Polsce, gdyby wrogi reżim zaczął właśnie akcje całkowitej sekularyzacji naszego Państwa i chciał wyplenić wszelkie przejawy religii katolickiej z życia społecznego... ale nic takiego się nie dzieję.
Tymczasem stała się rzecz zupełnie zaskakująca: paradoksalnie obrońcy krzyża przyczynili się de facto do jego profanacji i sporej denominacji jego świętości. Przez swe histeryczne, pełne skrajnych emocji "występy", sprowokowali wiele osób do różnego rodzaju prześmiewczych happeningów. Celem kpin są "obrońcy", ale narzędziem stał się święty dla wielu Polaków symbol. I teraz mamy małe piekło: krzyż z puszek po piwie, krzyż strzegący miejsca parkingowego, małe krzyżyki w tramwajach, które "zajmują miejsce"... itp, itd.
Jest jeszcze drugi aspekt tej sprawy. Kościół, który bardziej lub mniej udolnie, ale stara się przyciągnąć do siebie młodych ludzi, znów ma "pod górkę". Na portalach społecznościowych młodzi prześcigają się dziś w podsyłaniu sobie linków, które obśmiewają spektakl na Krakowskim Przedmieściu. Znów cholernie ciężko jest być gorliwym katolikiem w gronie rówieśników z gimnazjum...
A to wszysko zawdzięczamy "Obrońcom Krzyża"
Inne tematy w dziale Polityka