0 obserwujących
114 notek
61k odsłon
  60   0

Kołodziejski i powrót do przeszłości

Dość nisko oceniam kwalifikacje intelektualne Konrada Kołodziejskiego. Powód? Niech będzie jego ostatni artykuł na wpolityce.pl, który postanowiłem tak zmienić, aby w pełni oddać miałkość argumentów wyżej wymienionego pismaka. Zmiany nie były duże. Kto chce niech sprawdzi.

Uzależnieni od miesięcznic, czyli o tym jak walka z reżimem może nadać sens ludzkiemu życiu

Rok 2010. Warszawa, Krakowskie Przedmieście, czwartek wieczór. Na przystanku pod uniwersytetem moknie w deszczu tłum ludzi oczekujących na autobus. Autobusy nie przyjeżdżają, bo utknęły na objeździe spowodowanym kolejną pisowską pikietą. Za to środkiem maszerują smutne staruchy niosące krzyże.

Nie da się ukryć, robi się coraz bardziej groteskowo. Gdy spojrzeć do miejskich komunikatów o utrudnieniach w ruchu, miesiąc w miesiąc pojawia się to samo: 9 listopada – zgromadzenie publiczne i przemarsz, 10 listopada – zgromadzenie publiczne i przemarsz, 11 maja… itd. Wciąż ci sami ludzie, wciąż te same hasła, wciąż te same miejsca. W tej inflacji protestów można dostrzec nie tylko polityczny, ale również socjologiczny, czy raczej – psychologiczny wymiar. Jakąś potrzebę wypełnienia pustki.

Nie odmawiam nikomu prawa do demonstrowania. Ale gdyby uznać liczbę protestów za miarę oszołomstwa, to okaże się, że obecna pisowska opozycja bije w oszołomstwie dawną lewicę na kilka długości. Lewica, za rządów PiS-S-LPR, też demonstrowała, ale – na litość Boską – zwykle nie częściej niż raz w miesiącu. Zresztą przy innych okazjach zwykle w ruch szły wówczas policyjne pały. Dziś, gdy patrzę na wzmożenie Pisu, te powtarzające się bez przerwy fale codziennych pikiet i marszów, to zastanawiam się, skąd w tych ludziach tyle siły, aby w dzień i w nocy, w deszczu lub słońcu, stać, krzyczeć i tupać. A przede wszystkim, kiedy oni znajdują na to wolny czas?

Jestem w stanie zrozumieć determinację w obliczu zagrożenia. Czasem nadarza się moment, gdy w obliczu zagrożenia na chwilę rzucasz wszystko. Ale cóż takiego dzieje się dziś w Polsce, co wymagałoby codziennego protestowania? W obliczu tragedii smoleńskiej Polska zdała egzamin. A przecież trudno pracować, wychowywać dzieci i jednocześnie dzień w dzień sterczeć na ulicy. Owszem, można nie zgadzać się z rządzącą Platformą, organizować co jakiś czas protesty, ale – jeszcze raz zapytam – cóż to za dramatyczne wydarzenia wyganiają tych ludzi codziennie z domu? Czyżby naprawdę nikt na nich tam nie czekał? Nawet kot Prezesa?

Ktoś powie, że wyzłośliwiam się. Owszem, trochę tak. Ale – jak sądzę – nie jestem w tym odosobniony. Gdyby było inaczej, to w tym codziennym wzmożeniu uczestniczyłyby wielkie tłumy. I nie chodzi o to, że większości Polaków nie interesuje los państwa, że – tak jak twierdzi Sakiewicz z Karnowskimi – Polacy martwią się wyłącznie o kiełbasę w sklepie. Nie, po prostu, wielu z nich – podobnie jak ja – nie uważa, że Polska znalazła się dziś na skraju przepaści. I nie będzie biec na każde wezwanie Ewy Stankiewicz, aby tłuc się na ulicy o przerwaną karierę jej i jej podobnych.

I tyle w temacie. Już kiedyś na S24 pisałem tekst polemiczny z twierdzeniami wyjętymi z de pana Kołodziejskiego, ale bratnie środowisko wykasowało mój wpis.

Z dziennikarską sitwą (szczególnie tą którą szumnie nazywa się prawicową) nie wolno zadzierać niezależnie od tego jakie pierdoły wypisują. Nic to, że byle gryzipiórek z byle redakcji wyleciałby na krzywy ryj za tak mierny tekst. Taka solidarność zawodowa. Kołodziejski wielkim felietonistą jest!

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale