Kolejna reforma, kolejny sukces. Krok ku szczęściu i dobrobytowi, przynajmniej premiera. Ja bym jednak chciał poznać odpowiedzi na kilka pytań związanych z reformą i bynajmniej nie chodzi mi o jakieś tam wyliczenia. Jest jednak kilka spraw, na które rząd powinien odpowiedzieć i mam tu przede wszystkim na myśli kwestie prawdziwych reform, a nie "reformy", z którą mamy do tej pory do czynienia.
I tak w kolejności niekoniecznie alfabetycznej.
- Co z reformą OFE? System ten miał w swoich założeniach przynajmniej częściowo zapewnić Polakom niezależność od wahnięć demograficznych. W połączeniu z częścią emerytury pochodzącej z ZUS-u, czyli opartej na zasadach umowy pokoleniowej, zapewniałby również pewne minimum socjalne na wypadek gwałtownej utraty wartości oszczędności emerytalnych. A jak na razie to robimy krok za krokiem do tyłu. Piszę „MY”, bo koszty tych zaniechań będzie ponosiło społeczeństwo, a nie nasi decydenci. Skoro rząd tak bardzo dba o naszą przyszłość, że w trosce o naszą godną starość podnosi wiek emerytalny, to ja bardzo chciałbym wiedzieć, co z projektem, który wydawał się sensowny i mógł rzeczywiście przynieść wiele korzyści? A wieść niesie, że w roku bieżącym MF szykuje kolejny skok na OFE. Pewnie też nazwany reformą. A potem, jak już to źródełko wyschnie, czas będzie znowu podnieść wiek emerytalny. Znaczy się dalej system reformować.
- Kolejną sprawą to polityka prorodzinna. Zgaduję, że babcie pracując o siedem lat dłużej będą miały problem z wsparciem młodych rodziców i zajęciem się wnuczkami, czyli potrzebne są żłobki i przedszkola dla każdego, a nie tylko dla szczęśliwców (wiem coś o tym, bo właśnie jestem po batalii wbicia dziecka do żłobka, bo babcie na emeryturze zdecydowały się pracować). Nic nie słyszałem o planach rozbudowy infrastruktury dla najmłodszych, a wręcz przeciwnie, wszelka pomoc dla młodych rodziców jest coraz bardziej zmniejszana. Nie to, co VAT na ciuszki dla maluszków. Ten pędzi do góry.
- Idźmy dalej, czyli przywileje emerytalne. Ja mam pracować do 67 roku życia, a co z żołnierzem, strażakiem, policjantem czy górnikiem? Ci, rozumiem, wykonują tak trudną, wycieńczającą i wymagającą pracę, że w wieku 40 lat są już na nią za starzy. Czy może jest po prostu tak, że likwidując im przywileje rząd narazi się na blokadę Państwa, a korzyści (czyli podlizanie się prominentom UE, które ma w efekcie doprowadzić do wciągnięcia Tuska do ich grona) i tak większych niż podniesienie reszcie wieku emerytalnego nie przyniesie?
- Następny temat to KRUS. Czyli dofinansowywanie cwaniaczków z łączką. Im też się należą bonusy, bo inaczej Pawlak nie dostanie się na kolejną kadencję do parlamentu. Jakie zmiany tu się szykują?
- No i służba zdrowia. Średnia wieku może i się wydłuża, ale czy idzie to w parze z jakością życia i poprawą stanu zdrowia? Raczej nie. Kolejki do specjalistów, problemy z podstawowymi zabiegami, szpitale odsyłające pacjentów z kwitkiem, bo limity się wyczerpały. Taki system może zagwarantować, że do emerytury się nie dożyje. I to jest dopiero reforma! Nobel z ekonomii murowany (a może i pokojowy, za znalezienie recepty na kryzys).
- Bezrobocie. Jak wyglądają plany rządu wobec aktywizacji niepracujących 50-latków? Czy przed podniesieniem wieku emerytalnego rząd nie powinien w pierwszej kolejności szukać dodatkowego źródła wpływów do ZUS-u właśnie poprzez walkę z bezrobociem? A przecież tutaj „reforma” będzie miała dodatkowy negatywny wpływ. I to najbardziej uderzy w młodzież.
Ktoś mógłby stwierdzić, że efekt obecnie forsowanej „reformy” ujrzymy dopiero za wiele lat, gdy wiele z powyższych problemów zostanie zażegnanych. Czy aby na pewno? Co ze służbą zdrowia na przykład? Na całym świecie jest z tym problem i dostęp do niej pogarsza się, a nie poprawia. Czyli mam rozumieć, że Polska na już gotowe recepty na te problemy? Kolejny Nobel już czeka!
Tak po prawdzie, to podniesienie wielu emerytalnego, a w zasadzie jego celowość, jest obarczona tyloma zmiennymi i nieprzewidywalnymi okolicznościami, że o jego konieczności dowiemy się dopiero po kilkudziesięciu latach. Pewne jest za to jedno, że z legislacyjnego punktu widzenia taka postać reformy jest możliwie najprostsza do przeprowadzenia. Nie trzeba się przejmować żadnymi strukturalnymi zmianami, poprawiać efektywność wydawania publicznych pieniędzy, deregulować, walczyć z korupcją, usprawniać zarządzanie, zmniejszać liczbę urzędników itd. A ja chcę dowiedzieć się czegoś o właśnie takich reformach. Chciałbym wiedzieć, jakie rząd planuje działania w tych wymienionych przeze mnie kierunkach, bo w obecnej postaci „reforma” to jedynie oszczędzanie mające poprawić notowania Tuska wśród unijnej wierchuszki. Kosztem niedoinformowanego i całkowicie ignorowanego społeczeństwa. I nic ponadto.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)