Jakby nie interpretować słów Kaczyńskiego i Ziobry z dzisiejszego marszu w obronie telewizji Trwam, to zgoda w obozie naszej prawicy pozostaje kluczem do zwycięstwa. Ja to wyobrażam sobie tak…
Pan Kaczyński i Pan Z. dogadują się. Może przy okazji urodzin, a może tak po prostu, jak Polak z Polakiem, wypijają kilka głębszych i tuż przed zupełnym osunięciem w objęcia Morfeusza tudzież Dionizosa obiecują sobie, że już nigdy więcej. Po osunięciu, ocuceniu i ogoleniu, dnia następnego mogą obwieścić światu dobrą wiadomość, że jednak lepszym kandydatem na prezydenta będzie młodszy i wyględniejszy Pan Z. Co ich przekonało? Ot, może i definicja szaleństwa podana przez Alberta E.:
Szaleństwo – powtarzać tę samą czynność w kółko i oczekiwać odmiennych rezultatów.
Co zrobią dalej, z wyborami do parlamentu? Ano nic. Będzie, jak było. Jedna lista, na listach ci sami ludzie, za to dwie partie. Jak podzielić miejsca na listach? No, przy wyborze kandydata na prezydenta, to już pikuś. A skoro dogadają się oni we dwoje, to może by tak jeszcze kogoś do kółeczka zaprosić? A zaprośmy! Jak już jesteśmy tacy ugodowi to i dla Pawła K. miejsce się znajdzie. I mamy już trzy partie na jednej liście. To czemu nie cztery? Kogo by tu jeszcze skaptować? Noo, jak kogo? Korwina we własnej, wielce szanownej osobie. Jeszcze Solidarni2010 i, zdaje się, jest komplet.
Szeroki front zgody zbudowany z miłości do kraju, do Polski. Naiwne? Może, ale i ładne.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)