Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny. (Łk 16, 1-13)
Biblia nie jest podręcznikiem ekonomii, ale ekonomia pozostaje w kręgu jej żywotnych zainteresowań, dlatego zasady i kazusy zawarte w Biblii pozwalają na rewizję wielu współczesnych praktyk i rozwiązań instytucjonalnych w dziedzinie ekonomii.
Starotestamentalny rytm lat jubileuszowych, obok ściśle liturgicznego, miał także ważny sens ekonomiczny, dawał bowiem okazję do restrukturyzacji złych długów i innych zobowiązań prawnych, zaś niewolnikom i ich dzieciom dawał nadzieję na definitywne odzyskanie wolności. Dopatrywanie się w tym biblijnym rytmie zapowiedzi przyszłych cykli koniunkturalnych, jakie przyniósł ze sobą demokratyczny kapitalizm, jest być może pewnym nadużyciem, słusznie jednak można wnioskować, że dla autorów natchnionych realia ekonomiczne wykraczają daleko poza jeden rok budżetowy, a nadto obejmują wiele czynników kulturowych, o których klasycy myśli ekonomicznej nie zawsze gotowi byli pamiętać.
Biblia dostarcza ogromnej ilości przykładów z zakresu teorii i praktyki zarządzania, przedsiębiorczości, inwestowania i obrotu kapitałem. Marny ekonom z przypowieści Jezusa w jednej chwili staje się dobrym ekonomem, gdy lekką ręką zmniejsza, niekiedy nawet o połowę, zobowiązania dłużników względem pana, któremu służy. Podtrzymanie dobrych relacji partnerskich z klientami, pogłębienie zaufania i współpracy, a takie zwiększenie liczby wzajemnych zobowiązań staje się dla niego ważniejsze niż zysk w czysto księgowym ujęciu, który zresztą bez tej zmiany umów najpewniej okazałby się wielce iluzoryczny. Ewangeliczny zarządca przestał być bezkrytycznym niewolnikiem jednego dogmatu, a staje się osobą w świecie osób, człowiekiem dla innych, zarządcą i sługą (gr. oikonomos), czyli tym, kim de facto jest. Dopiero wtedy potrafi spojrzeć na swoją misję i kłopoty finansowe z należytym dystansem i dopiero wtedy jest rzeczywiście blisko ludzi, w co tam nikt nie wątpi, nie wyłączając jego pana.
Polski przedsiębiorca tylko na pozór żyje w innych realiach niż realia okupowanej Palestyny sprzed dwóch tysięcy lat. Stowarzysza się równie rzadko jak wtedy, kiedy wolne stowarzyszenia były w Polsce zakazane, dlatego wszyscy ci, którzy już przystąpili do jakieś grupy interesów, a więc związkowcy i politycy, wciąż wydają mu się nieco podejrzani, a nawet nieobliczalni. Izby przemysłowo-handlowe działają u nas tylko w dużych miastach i tylko na wąskim polu, kluby biznesmenów, jak zawsze, są wciąż tylko ciasnymi klubami, a główny, najbardziej masowy nurt polskiego biznesu, przynoszący największe dochody i najwięcej miejsc pracy, wciąż jest traktowany przez administrację i opinię publiczną niczym fala powodziowa, która w każdej chwili może zerwać legalne wały, przelać się do szarej strefy i wszystkich podtopić. Ci, którzy się tego boją, chętnie podają przykłady z przesłuchań komisji śledczych, gdyż sami z reguły nie prowadzą żadnej firmy.
Polski przedsiębiorca powinien głośniej mówić o swoich dokonaniach; najpierw we własnym gronie i w tym celu powinien się stowarzyszać, a potem także na forum publicznym, żeby tam zmieniać nastroje, postawy i ramy instytucjonalne umożliwiające obywatelom utrzymanie swoich rodzin. Oglądanie się na tych, którzy nigdy w życiu nie musieli zamienić stu beczek oliwy na pięćdziesiąt tak, żeby w wyniku tej zamiany zyskać, a nie stracić, nie ma najmniejszego sensu, bo inni tej ekonomii nie zrozumieją. Budżetówka rządzi się wciąż zasadami, o których Biblia milczy, co najprawdopodobniej oznacza, że zyskiwanie tam, gdzie niczego nie można stracić, w ogóle nie jest zasadą biblijną, dlatego przedsiębiorcy powinni tym śmielej podejmować także zadania publiczne, odwieczną domenę budżetówki, i być za nie rozliczani przez swoich klientów, przez obywateli i przez rynek.
Dziennik Polski, 18-19 wrzesnia 2010.
Inne tematy w dziale Gospodarka