49 obserwujących
221 notek
435k odsłon
8623 odsłony

Smoleńskie przesądy

Wykop Skomentuj145

Mgła. Gęsta jak mleko rzekoma przyczyna smoleńskiej tragedii, skrywająca w sobie inne domniemane przyczyny, a może nawet domniemanych sprawców. Godzinę po wypadku ustąpiła. W rzeczywistości odegrała rolę pozytywną.

W trakcie lotu na okręgu załoga tupolewa dowiedziała się od kapitana Wosztyla z jaka stojącego na lotnisku, że widzialność przy ziemi spadła do dwustu metrów, czyli do wartości pięciokrotnie gorszej niż minima pogodowe lotniska, samolotu i samej załogi. Wosztyl dodał wprawdzie: "Możecie jak najbardziej spróbować...", ale to, co powiedział o mgle, de facto odebrało im prawo do schodzenia na pas. Gdyby posłuchali Wosztyla, a wcześniej rosyjskiego kontrolera ruchu, który szacował tę mgłę na 400 metrów widzialności, uniknęliby wypadku. Mgła mogła ich uratować. Wszystkie błędy popełnili w chmurach, nie we mgle. Gdy ją w końcu zobaczyli, było już za późno.

Lotnisko nie miało stacji meteo, o czym wiedzieli, więc nawet nie pytali o podstawę chmur, rzecz najbardziej podstawową w lotnictwie. Dyżurny oficer w Smoleńsku nie był w stanie podać wysokości podstawy chmur, bo we mgle nie sposób ją zobaczyć. We mgle dyżurny meteo może jedynie podać szacunkową widzialność we mgle, a podstawę chmur podaje wg komunikatów meteo najbliższej stacji. Wosztyl, który przebił się przez te chmury godzinę wcześniej jakiem, oszacował ich podstawy na „grubo poniżej” 50 metrów, nie było zatem najmniejszego sensu schodzić do pasa. Lecąc nad chmurami na okręgu widzieli na własne oczy, że stratus jest gruby na więcej niż czterysta metrów, więc nie ma co liczyć na jakiekolwiek prześwity. Nawet gdyby zeszli do pułapu dwukrotnie mniejszego niż dopuszczalne minima, czyli do 50 metrów nad ziemią jak im radził Wosztyl, to i tak wciąż niczego by nie ujrzeli, bo wciąż byliby w chmurach. Zgubiły ich niskie chmury, nie mgła. Mgła była wielokrotnie potwierdzana przez wszystkie źródła i mogła ich ocalić. Wyszła znad bagnistego Dniepru i zasnuła całą naddnieprzańską nizinę, aż po płaskowyż na lewym, znacznie wyższym brzegu rzeki, na którym leży lotnisko.

Naciski. Ani prezydent Kaczyński, ani jego ministrowie, ani jego ulubiony generał Błasik, ani szef protokołu Kazana, ani Rosjanie z wieży, ani nawet ów tajemniczy generał z Logiki, który pozwolił wpuścić Polaków nad pas, nie naciskali na nikogo tak, żeby to można uznać za przyczynę wypadku. Nie naciski ich zgubiły, lecz brak nacisków. Na oko i na zdrowy rozum pogody do lądowania nie było, ale samolot umocowany w powietrzu dyplomatycznie i politycznie (międzynarodowo) rządził się swoimi prawami. W obu zaprzyjaźnionych  państwach posttotalitarnych (trudna przyjaźń), w których do niedawna polityka wtrącała się do wszystkiego, taki samolot przypominał świętą krowę. Jego pierwszy pasażer nie musiał na nikogo naciskać, żeby mu z atencją dygano. Wystarczy, że nic nie mówił. Generał z Logiki powinien był to uprzytomnić Krasnokuckiemu, trochę na niego pokrzyczeć, żeby go ocucić, przywołać do porządku, a Krasnokucki powinien był to samo zrobić z Protasiukiem, a Protasiuk z Błasikiem, a Błasik z Kazaną, a Kazana z Kaczyńskim, a Kaczyński z Polakami, niestety, jak wiemy, nikt z nich tego nie zrobił. Stąd wypadek.

Generał z Logiki pozwolił Polakom na więcej niż powinien, bo mu się to wydało naturalne wobec tak dostojnych gości. Krasnokucki po udanym lądowaniu polskiego jaka przypisał Polakom jakieś nadludzkie zdolności nawigacyjne, więc godzinę później już się nie dziwił, że piloci tupolewa z prezydentem Polski na pokładzie próbują czegoś, co się parę minut wcześniej nie udało Rosjanom lecącym pustym samolotem transportowym po samochody. Protasiuk schodził w dół dwa razy szybciej niż powinien, ale nikt go za to nie zbeształ w kabinie, nikt nie zareagował na wskazówkę wariometru wychyloną w dół na minus 8 m/s, bo się wszystkim wydało, że skoro najlepszy pilot pułku tak schodzi, to znaczy, że tak można, nawet tupolewem. Lepiej zejść do pasa w chmurach niż nie schodzić wcale, bo jak się człowiek za bardzo człowiek trzyma regulaminu, to potem doniosą na niego do prokuratury i wyzwą od tchórzy w wszystkich stacjach telewizyjnych i radiowych, jak to zrobił Karski z Pietruczukiem za Tibilisi. Tym razem żaden guzik nie mógł się rozpiąć samowolnie, więc Błasik, tak na wszelki wypadek, zrobił załodze odprawę przed lotem, przywitał prezydenta przed startem w imieniu Protasiuka, jakby Protasiuk w ogóle nie istniał, a tuż przed wypadkiem, w najtrudniejszym momencie lotu, wszedł do kokpitu. Czuwał nad wszystkim, choć o niczym nie miał zielonego pojęcia. Nawykami wyniesionymi z małych maszyn mógł im tylko zaszkodzić. Kazana nie wiedział, co będzie dalej, bo na bizantyjskim dworze życzenia władzy z zasady są nieodgadnione. Przestał pytać prezydenta o to co dalej, a Kaczyński nie zamierzał mu niczego wyjaśniać przed czasem, no bo jak on mógłby to zrobić Polakom, żeby nie być w Katyniu w roku wyborczym, skoro nawet Tusk z Putinem tam byli?

Wykop Skomentuj145
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale