48 obserwujących
221 notek
438k odsłon
  4750   0

Co mógłby papież Franciszek?

Mógłby regularnie spotykać się z mediami, bo świat widzi w nim nie tylko duszpasterza, ale i osobę publiczną, kogoś w rodzaju ministra, czyli sługi, nie maharadży. Oko w oko z kamerą na briefingu, nie tylko na mszy, mógłby odpowiedzieć na szereg trudnych pytań, co ponoć lubi, tym razem na oczach świata, unikając przy tym błędu kard. Ratzingera, który zagadniety o przyszłość zarodków zamrożonych w klinikach in vitro, mocno się zdenerwował.

Największym problemem katolików nie jest dziś przeciekająca kuria ani grzeszni kapłani, ale brak modlitwy, prostoty i radości wiary – problem stary jak świat, starszy niż chrześcijaństwo.

Jorge Mario Bergoglio mógłby temu nieco zaradzić. Jako jezuita modlił się na co dzień trochę inaczej niż reszta duchowieństwa, bo Ignacy Loyola zobowiązał go do godzinnej medytacji biblijnej, z której nie pozwalał się nikomu zwalniać, chyba że w chorobie, oraz do dwóch rachunków sumienia, które kazał odprawiać nawet chorym. Prosty i bezpośredni Bergoglio przy wszystkich funkcjach, jakie pełnił, musiał być wierny tym modlitwom, bo bez nich, wertując pospiesznie brewiarz, nigdy nie zachowałby swej prostoty.

Czy jako papież zdoła rozkochać w słowie Bożym wiernych i księży? Tego nie wiem, ma jednak w ręku wszystko, co potrzebne, doświadczenie i bożą pomoc. W jego książkach, podobnie jak w książkach Jana Pawła II i Stefana Wyszyńskiego nie znalazłem tak wzruszających wyznań jak te, które przed wiekami spisał wielki Augustyn z Hippony, wadzący się z Bogiem i tęskniący za Nim, ale wiem, że Bergoglio umie dzielić się osobistą wiarą, bo przez lata wychowywał młodych jezuitów, uczył ich medytacji i refleksji nad nią, a sam odprawiał w milczeniu miesięczne lub tygodniowe rekolekcje ignacjańskie i niezliczoną ilość razy udzielał ich innym, wypytując co dnia każdego z podopiecznych o stan jego ducha, więc wie czym się różni dobra modlitwa od porażki i jak tej ostatniej zaradzić.

Ma dane i ku temu, żeby nauczyć biskupów trudnej sztuki towarzyszenia duchowego – nie przez wysłuchanie od wielkiego święta kilku anonimowych spowiedzi, ale przez cierpliwe rozeznawanie stanów ducha penitenta, oddzielanie prymitywnych bodźców od delikatnych natchnień, aby w konsekwencji uczyć penitenta pełniej samodzielności, z czym nie tylko nastolatkowie, ale i starzy mnisi miewają problemy.

Papież Franciszek mógłby wreszcie nauczyć kurię rzymską lepszego zarządza jakością. Ignacy Loyola od samego początku rządził swoją societas minima [najmniejszym twarzystwem] przy pomocy szczerych rozmów i listów na tyle częstych i sumiennych, że Dominique Bertrnard SJ uznał epistolografię Loyoli, obejmującą blisko 7 tys. tekstów, za doskonały przykład stale rozwijającej się analizy społecznej i eklezjalnej („La politique de S. Ignace de Loyola”, 1985). Jezuici, mimo wszystkich swych bolączek, wciąż są zwartym organizmem. Nigdy się dzielili na dwoje ani czworo, bo sobie ufają i umieją ze sobą rozmawiać, nadto na tyle często dokumentują to w wewnętrznych urzędowych pismach, że nawet Blaise Pascal, autor złośliwych „Prowincjałek”, przyznawał, że ci wśród nich, którzy uchodzą za pracowitych i pobożnych, rzeczywiście takimi są.

Nie wiem czy nowy papież zmieni strukturę kurii, bieg karier i dokumentów, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że pod jego rządami powtórzy się taka sytuacja, w której papież jedna się z lefebrystami, a jednocześnie nie wie, że jeden z nich jest antysemitą, o czym Mr. Google krzyczy już po pierwszym kliknięciu, albo że częstym gościem papieża bywa kapłan, któremu prasa zarzuca konkubinat i pedofilę, a dom papieski do samego końca udaje, że o tym nie słyszał.

My, jezuici, nie jesteśmy świętsi od innych, ale na pewno nie lubimy udawania. Dość często zdarza się nam robić coś, na czym się nie znamy, bo tego wymaga od nas Kościół, więc wiemy, że dobra mina do złej gry na nikim nie robi wrażenia, ale dobra robota zawsze, zwłaszcza zrobiona tam, gdzie nikt jej dotąd nie podjął.

  

Telegram gratulacyjny generała jezuitów do papieża Franciszka

W imieniu Towarzystwa Jezusowego dziękuję Bogu za wybór nowego Papieża, kardynała Jorge Mario Bergoglio SJ, który otwiera dla Kościoła etap pełen nadziei.
My wszyscy, jezuici, towarzyszymy modlitwą naszemu współbratu i dziękujemy za jego hojność w przyjęciu odpowiedzialności za kierowanie Kościołem w tej ważnej chwili. Imię „Franciszek”, którym będzie nazywany od tego momentu, przywołuje jego ewangelicznego ducha bliskości z biednymi, jego utożsamianie się z ludźmi prostymi i jego zaangażowanie dla odnowy Kościoła. Od pierwszej chwili, kiedy pojawił się przed ludem Bożym, dał w widzialny sposób świadectwo swej prostoty, pokory, doświadczenia duszpasterskiego i głębi duchowej.
„Właściwy charakter naszego Towarzystwa stanowi to, że jest ono jednocześnie instytutem zakonnym, apostolskim i kapłańskim, związanym z Biskupem Rzymskim całkiem szczególnym węzłem miłości i służby” (NU 2, n.2). Podzielamy radość całego Kościoła i pragniemy odnowić naszą dyspozycyjność, aby być posłanymi do winnicy Pana, zgodnie z duchem naszego specjalnego ślubu posłuszeństwa, który jednoczy nas z Ojcem Świętym w sposób szczególny (KG 35, D.1,17).
 
Adolfo Nicolás SJ
Przełożony Generalny
 
Rzym, 14 marca 2013
Lubię to! Skomentuj67 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale