48 obserwujących
221 notek
438k odsłon
  1294   0

Trójjedyny

Po godzinie doszedłem do wniosku, że toniemy w stereotypach, których nie do końca rozumiem, a o które msiałbym szczegółowo wypytać, żeby później móc jakoś na nie odpowiedzieć, więc powiedziałem mojej rozmówczyni, że jej krytyka chrześcijaństwa jest sensowna, niestety, nie dotyczy samego chrześcijaństwa, ale raczej potocznych wyobrażeń na jego temat. Ta konstatacja przywiodła mnie do następnej. Jeśli ona, wychowana trzy kroki od jezuickiej rezydencji, katechizowania za młodu, ma tak osobliwe poglądy, to jaką teologią żyją ci katolicy, którzy modlą i czytają mniej od niej? W konfrontacji z życiem te stereotypy kiedyś będą musiały runąć.

Dwaj bodaj najwięksi teologowie XX wieku, Karl Barth, ewangelik, i Karl Rahner, jezuita, ogromnie się przyczynili do pogłębienia teologii trynitarnej, wyrwania jej z symbolicznych stereotypów, osłabiających wyrazistość ewangelicznego przekazu, ale, jak to bywa, ich wysiłek nie trafił dotąd pod strzechy.

Ot, choćby dzisiaj, jeden z moich współbraci, profesor teologii, a jakże, na papieskiej Gregorianie, rozesłał na fejsie z okazji dzisiejszego święta słynny fresk Masaccia „Trójca Święta”, artystycznie cudowny, ale symbolicznie naiwny, wręcz mylący, a po Barthcie i Rahnerze domagający się wręcz pewnych teologicznych wyjaśnień.

Bóg Ojciec jako starszy pan z brodą, podtrzymujący cierpiącego na krzyżu Syna, i brak równorzędnego symbolu Ducha, to jednak wyobrażenia więcej niż niedoskonałe, akcentujące zaledwie kilka, wcale nie najważniejszych składników teologii trynitarnej. U postronnych (nie tylko dzieci) ta kompozycja może wywołać wrażenie, że Bóg jest społecznością osób wzajemnie nietożsamych pod względem istoty, co byłoby zaprzeczeniem chrześcijaństwa, a jednocześnie nie pozostających w relacji absolutnej, artysta sugeruje bowiem wyraźnie różne treści w odniesieniu do każdej z osób.

Ludzka egzystencja może wyrazić obecność Boga, ale tylko jedna twarz, Jezusa Chrystusa, realnie jej odpowiada. Portretowano ją chętnie, ale nigdy na żywo (jeśli nie liczyć całunu). Tylko w Chrystusie obecność Boga jest pełna i doskonała, choć wtedy ze zrozumiałych względów ograniczona w czasie-przestrzenni. Mądrzej zatem mówić o Bogu, także o Bogu Trójjedynym, pokazując tylko tę jedną postać, tak jak to zrobił Rublow (i wielu przed nim) w doskonałej „Trojcy”, albo tak jak to zrobił anonimowy rzeźbarz na frontonie katedry w Chartres, dając Stwórcy lepiącemu z gliny Adama twarz Chrystusa, który po wielu wiekach będzie adamowym potomkiem.

Karl Barth jak żaden z teologów starał się uzasadnić, że Osoby boskie nie są osobami w tym samym sensie co ludzie, lecz egzystencją w relacji zupełnej, absolutnej, wyrażającej wszystko, co starał się oddać m.in. za pomocą terminu Seinsweise, sposób bycia, kwestionowanym przez część jego polemistów, ale oddającym ten aspekt formalny jedynej natury, mia ousia, który greccy ojcowie oddawali przy pomocy zwrotu treis hypostases, a łacińscy — tres personae. Z kolei zasługą Rahnera było wyrażenie jedności działania Trójjedynego Boga, także w odniesieniu do stworzeń, przez uzgodnienie języka klaysycznej ontologii (tomizmu) z metodą transcendentalną, a więc bliską egzystencjalizmowi i życiu duchowemu. Jeśli samoobjawiający się Bóg rzeczywiście wkroczył w ludzkie życie, to konsekwencje tego faktu muszą wpływać także na możliwości ludzkiego poznania, a prawda o Bogu zjednoczonym relacjami powinna wpłynąć także na jakość naszych relacji.

Wtedy, w rozmowie z początkującą muzułmanką, nie udało mi się podjąć wszystkich tych wątków, starałem się jednak przekonać ją, że chrześcijanie mogą wiele powiedzieć innym o Bogu, który kocha, jest kochany i bezintersowny, a każda z tych relacji jest nie tylko wyrazem transcendencji, ale także w jakimś stopniu staje się udziałem udziałem człowieka, o czym ona swoim muzułmanom może w szeczegółach opowiedzieć. Ludzka miłość tylko wtedy jest prawdziwa, gdy staje się trynitarna, naraz zdolna do daru i odwzajmniona darem, a jednocześnie paradoksalnie wolna, bezinteresowna, nie licząca na nic w zamian. I nie chodzi tu tylko o stan ducha czy emocji, ale o ostateczną jakość tego, kim jesteśmy i co robimy. Albo miłość przychodzi znikąd, nagle i tylko na chwilę, albo swój cel, naturę i początek znajduje poza nami, o czym przekonać się może każdy, kto dzisiaj kocha bardziej niż kochał wczoraj, będąc zarazem pewnym lepszego jutra wyłącznie z powodu miłości.

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale