Przedstawiciel Porozumienia Zielonogórskiego przeczytał w telewizji oświadczenie, że zamknięcia gabinetów to jedyna forma protestu prowadząca do tego, aby ministerstwo zaczęło ich słuchać.
Nieposłuszne ministerstwo jest pewnie – zdaniem tej grupy menadżerów lecznictwa - do wymiany.
Do wymiany będzie też pewnie – ich zdaniem – premier(ka) rządu, oczywiście gdy, podobnie jak minister, okaże się nieposłuszna Porozumieniu Zielonogórskiemu.
W nosie mam politykę i partię rządzącą (a także opozycję). Jestem obywatelem RP i oczekuję porządku w państwie – co jednak wcale nie znaczy, że muszę wspierać każdy postulat jakiejś grupy biznesowej wobec administracji państwowej.
Zajmuje mnie natomiast co innego – 18% świadczeniodawców podstawowej opieki zdrowotnej odmówiło wznowienia umów z państwem, co unieruchomiło 25 % przychodni.
Oznacza to, że w niektórych regionach kraju opiekę lekarza rodzinnego świadczą prywatne przedsiębiorstwa medyczne, których właściciele posiadają po kilka przychodni i to właśnie stowarzyszenie tych właścicieli podjęło bojkot umów z administracją rządowa.
Właściciele ci zarządzili bezwzględny strajk w swoich przedsiębiorstwach i zamknęli je na głucho, mimo deklaracji troski o dobro pacjenta.
Teoretycznie mogliby wprowadzić strajk częściowy – ich lekarze mogliby sprawować opiekę nad dotychczasowymi pacjentami w ramach postanowień etyki lekarskiej, będąc gotowi do niesienia pomocy, choć w ograniczonym zakresie. Nie mogliby np. wypisywać recept ulgowych czy kierować na bezpłatne badania, ale mogliby sprawować nad swoją trzódką opiekę medyczną w zakresie pomocy i porady lekarskiej.
Tego żaden minister nie może zabronić, bo to nie wynika z żadnego kontraktu, a z etyki lekarskiej.
Tymczasem przedsiębiorcy medyczni z Porozumienia Zielonogórskiego dali dowód, że są tylko biznesmenami – osobliwymi zresztą, bo chyba jako jedyni w świecie zorganizowali strajk paraliżujący ich własne przedsiębiorstwa.



Komentarze
Pokaż komentarze (36)