Burza wokół doniesień dotyczących trotylu i nitrogliceryny na szczątkach wraku po tupolewie przypomina uderzający w Stany Zjednoczone huragan. Wersji mamy już kilka:
1. Niewybuchy z czasów II wojny światowej
2. Żołnierze z Afganistanu, którzy na ubraniach nanieśli na siedzenia ślady TNT
3. Ziemia na lotnisku skażona trotylem (teren byłego poligonu wojskowego).
4. Trotyl w tupolewie z broni funkcjonariuszy BOR
5. Wybuch bomby wewnątrz samolotu
6. Trotylu i nitrogliceryny nie stosuje się jednocześnie, więc nie może to być zamach
I teraz po kolei, co w nich nie gra:
Ad 1. Czy na prawdę można przyjąć, że przez 70 lat nikt nie rozminował terenu wokół lotniska? Pył potrotylowy powstały w wyniku wybuchu różni się od osadu trotylu powstałego np. poprzez mechaniczne uderzenie w spoczywający dziesięciolecia w ziemi pocisk. Każde lepiej wyposażone laboratorium chemiczne będzie w stanie odróżnić te drobne niuanse. Biofizyk, którego pytałem o możliwość znalezienia w ziemi śladów np. nitrogliceryny z czasów II wojny światowej odpowiedział, że w przypadku tak mocno reaktywnego związku organicznego, jest to bardzo mało prawdopodobne.
Ad 2. tej wersji nie chodzi już nawet o brak logiki, co o podstawową niewiedzę na temat materiałów wybuchowych. Dzisiaj powszechnie w nabojach stosuje się proch nitrocelulozowy, a nie trotyl. Poza tym, jak wyjaśnić następującą konkluzję, podaną choćby w "Rzeczpospolitej": "Substancje znaleziono również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem. Było go tyle, że jedno z urządzeń wyczerpało skalę". Czyli jak, żołnierze wracali na skrzydłach?
Ad 3. Hipoteza ta, wbrew pozorom wydaje się najbardziej prawdopodobna, ale bardzo łatwo ją zweryfikować. Wydaje mi się, że w tej chwili priorytetem prokuratury (o ile jeszcze tego nie zrobiła), powinno być dokładne przebadanie gleby wokół lotniska na zawartość w niej substancji pirotechnicznych. Jeśli faktycznie będzie to bardzo wysoki procent - być może cała sprawa nie wiąże się z zamachem. Tak czy inaczej, w każdym normalnym śledztwie na początku trzeba wyeliminować najbardziej prawdopodobne przyczyny. Oto jedna z nich - przebadać glebę i mamy jasność.
Ad 4. Patrz punkt 2. Różny skład prochu w broni BOR-owców, plus nieproporcjonalna skala osadzenia się substancji na samolocie w stosunku do niewielkich magazynków z nabojami.
Ad 5. Choć obecnie mówi się już otwarcie o zamachu, wstrzymałbym się jeszcze z jednoznacznymi stwierdzeniami. Po pierwsze nie trzeba być saperem, aby wiedzieć, że w dzisiejszych czasach wysadzanie samolotu trotylem to jak strzelanie do muchy z armaty. Gdyby Rosjanie faktycznie chcieli a) dokonać zamachu b) zatuszować o nim wszelkie ślady, to po pierwsze użyliby niewielkich zapalnikach detonowanych np. przy statecznikach tupolewa, po drugie, nie pozwoliliby polskim śledczym na przeprowadzenie badań, które jednoznacznie wskazałyby na ich winę.
Ad 6. Opinia taka padła z ust "eksperta" dzisiaj rano, na gorąco po doniesieniach „Rzeczpospolitej”. Wystarczył krótki rajd po Wikipedii, aby okazało się, że owszem są takie przypadki, a jeden nazywa się pentryt. Co ciekawe, w przeciągu ostatnich kilku lat przynajmniej dwukrotnie użyto go do prób dokonania zamachu wewnątrz samolotów pasażerskich.
Reasumując, wersji jest multum - większość nie wytrzymuje najprostszego testu na spójność. W tej chwili powinniśmy skupić się na dokładnym przebadaniu rejonu lotniska i tylko w przypadku w którym zawartość trotylu w glebie okazałaby się znikoma, zacząć otwarcie mówić o zamachu. Nie wcześniej.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)