Nie tak dawno temu wydarzyła się ciekawa, i dosyć żywo komentowana sytuacja. Przychodzi mężczyzna na Jasną Górę, przedziera się przez ludzi i rzuca w obraz NMP żarówką wypełnioną farbą. Jest zamieszanie, ktoś go łapie, ludzie dzwonią na policję. Myślimy - "wariat", podobnie wnioskuje również prokuratura, kierując mężczyznę na badania psychiatryczne. Sprawa bulwersująca, ale raczej bandycka niż mająca wymiar polityczny czy głęboko religijny. Ależ nie, w rzeczywistości jesteśmy w wielkim błędzie. Według niezastąpionych autorytetów w kwestiach doktrynalnych - posłów Ruchu Palikota - "kult obrazów jest bałwochwalstwem, jednym z najbardziej potępianych w Biblii. Ten człowiek wziął dosłownie to, co Biblia mówi, i zaprotestował w ten sposób przeciwko bałwochwalstwu uprawianemu na Jasnej Górze".
A zatem nie wariat tylko prorok, obrońca czystości wiary i nowy idol antyklerykalizmu w jednym. Wg. wykształconych teologicznie polityków, człowiek ten w rzeczywistości działał w słusznej intencji, wskrzeszając stary bizantyński spór o rolę ikony. Nic to, że Sobór nicejski II już w VIII w. zezwolił na kult obrazów, tłumacząc, że skoro Chrystus się wcielił, wolno przedstawiać fizyczną postać Syna Bożego i malować wizerunki świętych.
W tym kontekście pamiętać należy o jednym. Tak samo jak kult świętych nie zastępuje kultu Boga Jedynego, tak samo kult obrazów, nie jest czcią oddawaną kawałkowi płótna. Ikonodulia, zwalczana przez ikonoklastów to faktycznie z gr. "niewola względem ikony". Od tego musimy się faktycznie wystrzegać, ale niczego podobnego nie głosi i nie głosiła nigdy religia katolicka.
Ale po co sięgać do katechizmu? Lepiej podczas tego samego wywiadu nazwać w jednym zdaniu obraz jasnogórski "bohomazem" i stwierdzić, iż "szanuje się uczucia religijne" - taka logika dziejów proszę państwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)