Wczoraj miałem spotkanie z grupą potencjalnych inwestorów w mój projekt energetyczny, więc ostanie dni byłem zajęty przygotowaniem się do tego spotkania. Stres zdejmowałem wypadami na polityczną platformę Salonu, co niewątpliwie musiało wielu ździwić, ale ... co zrobisz. Freud nie darmo uczył, że ...
Na kijowskich cmentarzach trudno się odszukać, więc jako miejsce spotkania wyznaczyliśmy sobie warsztat człowieka, który nas wszystkich łączy tym, że sam należy do grupy potencjalnych inwestorów, jest wynalazcą i autoelektrykiem "Od Boga", a przy okazji leczy nasze wszystkie samochody, więc spotkanie u niego przybrało charakter "Gwiezdnego Zlotu".
Przyjechałem 15 min. przed terminem, gdyż szykując się do wyjazdu zauważyłem, że nie świeci mi się jedno światło pozycyjne z tyłu. Była okazja usunąć tą usterkę.
Remont trwał nad podziw szybko. Kolega podszedł do samochodu, uderzył w lewą tylną lampę zespoloną i ... już było światło. Można było zacząć spotkanie.
Dali mi dwie godziny na przekonanie ich do swojego projektu, ale jak się okazało, ¾ czasu wykorzystali oni sami na zadawanie pytań i dyskusje między sobą.
Niemniej i tego czasu wystarczyło na to, żebym wystąpił przed nimi z przekonywującym wykładem. Rozdzieliliśmy zadania i rozeszliśmy się do samochodów. Autoelektryk udał się ze mną, gdyż miał do mnie jeszcze kilka pytań wyjaśniających.
Gdy już wsiadłem do samochodu, on nagle pochylił się do okienka i mówi: Będziesz jechał obok sklepu, więc podrzuć mnie do niego. Właściwie, to do tego sklepu miał trzy minuty pieszo, ale ...
Zaprosiłem go do samochodu i gdy wsiadł, przystąpiłem do uruchomienia silnika. Co ja nie wyczyniałem, a samochód milczał. On mi podpowiadał różne kruczki, a ta złośliwa bestia (tak myślałem o swoim samochodzie) ani rusz!
W końcu opuściłem ręce i ... zaległa cisza. To ta cisza mnie olśniła, i wydobyła z mojego gardła słowa, których napewno nie chciał świadomie wypowiedzieć mój mózg (sam się siebie przestraszyłem):
Wyjdź z samochodu – powiedziałem, rzucając słowa w przestrzeń przed siebie.
Cisza – widocznie on nie zrozumiał, że to do niego.
Wyjdź z samochodu, proszę – powtórzyłem wplątując w wieczorny "monolog" wolszebne (czarodziejskie) słowo.
Wyszedł, zamknął drzwi i w tej sekundzie silnik zaskoczył!
Ja ryczałem ze śmiechu, on milczał skofundowany.
W końcu otworzyłem drzwi i zaprosiłem go do środka. Ruszyliśmy z miejsca.
On pyta się – Co się stało? Czemu się tak śmiałeś.
Ty naprawdę nie zrozumiałeś sytuacji? – spytałem.
Gdy uderzyłeś samochód w zad, on Ciebie zapamiętał i przy pierszej okazji odemścił się.
Sytuacja była uratowana. Obydwoje jeszcze długo śmialiśmy się z tej złośliwości rzeczy martwej!.
Gdy przyjechałem do domu, to oczywiście opowiedziałem tą przygodę najbliższym. Słuchaczem była również moja maleńka wnuczka (2 lata 8 miesięcy).
Po zakończeniu, córka zwraca się do mnie z następującą sekwencją: zawieziesz jutro rano mamę do pracy, gdyż ...! Oczywiście - potwierdziłem.
Na to wnuczka: Dziadku! Ty masz jeża więc nie możesz zawieźć babuszki. To samo zdanie po polsku: Ty jesteś nieogolony wiec nie możesz wieźć babuszki.
Tak wyszło, że zlekceważyłem jej słowa. Dzisiaj rano, nieogolony siadłem za kierownicę i pojechaliśmy do wyznaczonego celu. Pod drodze silnik się ugotował (poleciał termostat), a 100 metrow przed celem podróży zerwała się linka sprzęgła. Poniedziałek. większość sklepów z częściami zamkniętymi była zamknięta.
Do domu przyjechałem dopiero po 12 godzinach.
Inne tematy w dziale Rozmaitości