Warszawo ma!
O Warszawo ma!
Wciąż płaczę, gdy ciebie zobaczę
Warszawo, Warszawo ma!
To była pieśń mojego dzieciństwa, która towarzyszyła mi każdego wieczora, gdy siadałem z mamą na kuchni i słuchałem jej wspomnień o tym, co oprócz nas, swoich dzieci miała w swoim sercu – o Warszawie.
Mama, z domu Zawadzka, w odróżnieniu od aktualnego elekta, nie wpisywała w swoje życiorysy rodowitych przynależności, ale sądząc z jej opowiadań rodzina żyła stabilnie, dzięki majsterstwu dziadka, majstra budowlanego, bardzo cenionego w swoim środowisku fachowca.
Gdy wybuchła wojna mama miała 16 lat i szykowała się właśnie do rozpoczęcia nauki w jednej z najbardziej prestiżowych szkół modelarstwa kapeluszy. Czekali ją tam z otwartymi rękoma, gdyż wiedzieli o tym, że mama była laureatką nagrody ufundowanej przez Prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego dla najlepszych uczniów Warszawy.
1 września 1939 mama musiała wcześniej wstać, gdyż trzeba było dojechać z Zielonki, gdzie rodzina odpoczywała latem, do Warszawy, ale gdy babcia usłyszała w radiu komunikat o wojnie, to wstrzymała powrót do stolicy. Dziwna intuicja, która uratowała całej rodzinie, w tym mojej mamie, życie.
Podczas pierwszego bombardowania Warszawy bomby trafiły prosto w ten dom, w którym mieszkała mama, niszcząc jej całą przeszłość, ... oprócz pamięci.
A pamięć miała mama doskonałą, matematyczno-fotograficzną, o czym miałem okazję się niejednokrotnie przekonać. Ja uczyłem się matematyki 25 lat później, a najlepszym pomocnikiem w poznawaniu jej meandrów była ... warszawianka – moja mama.
I byłem dumny podwójnie. Z mojej Stolicy i jej Córki, mojej mamy. A gdy dodam do tego, że i mój ojciec był warszawiakiem, to ... resztę można sobie dośpiewać bez kartki przed oczyma:
Nie bądź za cwany w Unrę odziany,
To może mieć dla ciebie skutek opłakany
Nie masz cwaniaka nad warszawiaka,
Który by mógł go wziąć pod bajer lub pod pic
Urodziłem się w ... "stolicy". Jednak swoją "stolicę" piszę z małej litery i w cudzysłowie, gdyż była to stolica Zakonu Krzyżackiego – Malbork.
Byłem jeszcze maleńki, gdy rodzice przeprowadzili się na Ziemie Zachodnie i chociaż od Warszawy dzieliło mnie tylko 350 km, to dystans ten był dla mnie większy niż dla Antka droga do tego młyna, ramiona którego pojawiały się z regularną częstotliwością zza wzgórza.
Często słyszałem powiedzonko: Nie może Mahomet do góry, to góra przyjdzie do Mahometa. Zyliśmy zbyt biednie żeby sobie pozwolić na wycieczki do Warszawy, ale znajomi mamy, a z czasem moja starsza siostra Ewa, znając jej tesknotę za tym miastem przywozili jej często z delegacji służbowych keks i pączki od ... Bliklego.
Tylko od Bliklego.
Ta miłość do tego miasta i jego symboli, zrobiła kiedyś z mamą złośliwy żart. Tak się złożyło, że w delegację do Warszawy jechał samochód zakładowy z towarem i kierowca zaproponował mamie odwiedzenie stolicy, do której nota bene jechał pierwszy raz.
Gdy dojechał do Ronda Waszyngtona, to całkowicie stracił panowanie nad tym jak się poruszać i nie potrafił z niego zjechać. Jeździł tak długo po tym rondzie, aż mu się nie skończyło paliwo i zablokował prawobrzeżną Warszawę. Zanim ich milicja wyzwoliła tej "pułapki" minęło pół dnia. Drugie pół przestała mama w kolejce u Bliklego.
Mimo tego, że zdążyła zobaczyć tylko te fragmenty, które migały za oknem ciężarówki była szczęśliwa. Nigdy więcej nie widziałem u niej takich błyszczących się oczu. Opowiadała mi o swoim mieście do rana. Ta noc minęła niepostrzeżenie, tak jak i wiele nocy, gdy zagłębialiśmy się w wirtualną podróż stanowiącą dla mamy dziwny sen – "Sen o Warszawie".
Mam tak samo jak ty,
Miasto moje a w nim,
Najpiękniejszy mój świat
Najpiękniejsze dni
Zostawiłam tam kolorowe sny.
Długo mnie ojciec namawiał na studia w WAT, ale dla mnie, miejscowego rozrabiaki, byłby to dyshonor, gdyż odmowa od egzaminów na Politechnikę Wrocławską mogła być zrozumiana przez moich "dobrożyczliwych" jak rejterada przed testem z życia. Poszedłem na Politechnikę, a po zdanych egzaminach pojechałem pierwszy raz do Warszawy.
To było genialna konfrontacja wspomnianego z realnym. Przecież to było zniszczone doszczętnie i odbudowane miasto, ale jednak jego fotograficzny obraz miałem wykuty w rysach mojej pamięci jak te słowa epigramatu, które Symonides poświęcił Leonidasowi i jego wojownikom:
Przechodniu powiedz Sparcie że leżymy tutaj posłuszni jej prawom.
I były to obrazy pamięci mojej mamy. Mamy, o swoim ukochanym mieście. Mieście, miłość do którego wpajała mi każdego wieczora.
Dzisiaj, nie mogąc pochylić skołatanej głowy u drzwi Twoich głoszę:
Przechodniu powiedz światu, że Była, Jest i Będzie i Jeszcze Ona nie zginęła, póki my żyjemy.
To tam, wracając w straszliwą ulewę z Hali Gwardii, z meczu koszykówki USA (reprezentacja uniwersytecka) – Polska, poznałem na Rondzie Waszyngtona jedną z najpiękniejszych dziewczyn w moim życiu, ale jej nazwisko pominę, żeby nie wywoływać wilka z lasu.
Dla niej przyjechałem do Warszawy jeszcze raz na tych samych wakacjach i włóczyliśmy się po jej najpiękniejszych zakątkach (że dwuznacznie? tak powinno być).
Ciągle szukałem! Ciągle czegoś szukałem. Aż doszło do tego, że moja piękna znajoma spytała – Co ciebie tak rozprasza. I usłyszała dziwną zagadkę: Mama powiedziała mi, że ona będzie pewna iż zrozumiałem Stolicę, tak, jakbym ją rzeczywiście "wypił z mlekiem matki", dopiero wtedy, gdy przywiozę jej z Warszawy chałwę.
Nie, Nie byle jaką chałwę. A tą jedną jedyną, smak której od razu poznasz, gdyż niczego takiego do tej pory nie miałeś w ustach, chociaż chałwa była twoim ulubionym przysmakiem i nie przepuszczałeś żadnej, tak jak i nie przepuszczałeś żadnej spódniczce – poinstruowała mnie przed wyjazdem do Warszawy mama.
Jak trafisz na nią, to od razu poczujesz się bogaty! – dodała.
I śpiewała dusza. I radowały się oczy. I tropiłem, szukałem. Chodziłem, pytałem, zaglądałem, niuchałem, podglądałem. Nie było lepszej motywacji do zwiedzenia Warszawy "od podszewki". Przecież ja nie skojarzyłem, że mama mówi o chałwie w całkiem innych czasach. Tak, to były czasy gdy na każdym szanującym się skrzyżowaniu ulic w Warszawie był sklep kolonialny, a w nim chałwa, marcepany i ... śledzie korzenne.
Ach! Komu to przeszkadzało?
Gdy wróciłem do domu, to mogliśmy się z mamą godzinami licytować na temat tego, co już przestało być dla mnie obiektem wirtualnego świata. Wieczory te umilaliśmy sobie tą słynną chałwą, do smaku której mama tak przywykła przed wojną.
Gdzie ją znalazłem? Opowiem, ale pamiętajcie, że działo się to 40 lat temu, więc to miejsce o którym napiszę, też już mogło komuś przeszkadzać.
Jak już większość zrozumiała, spotkałem piękną nieznajomą na Rondzie Waszyngtona gdzieś tak około 23:00 godz. To znaczy ja ją spotkałem wcześniej, w autobusie, którym ona też udawała się do domu na Saskiej Kępie (tu też mieszkała moja ciocia).
Do swoich domów udawaliśmy się po ulicy Francuzkiej. Na spotkania umawialiśmy się zawsze w tym samym miejscu (Rondo-Francuzka). Któregoś dnia przyszedłem wcześniej. Było gorąco, chciało mi się pić i wtedy zauważyłem, że w budynku leżącym przy ul. Galijskiej jest maleńka kawiarenka. Chyba nazywała się Dziurka.
Ona była tak mała, że siędząc przy swoim stoliku człowiek stawał się mimowolnym świadkiem rozmów przy wszystkich stolikach. I dziękować Bogu za to, gdyż usłyszałem, że ktoś tam zajął sobie w pobliżu kolejkę po chałwę.
Wyskoczyłem z kawiarenki nawet nie kończąc konsumpcji zamówionego. Dosłownie obok był sklepik, a w nim ... tak, ta chałwa. Wiedziałem o tym od razu po przekroczeniu progu, że ona tu jest. Zapachy były jednoznaczne. Jak u Bliklego.
Kupiłem kilka kilogramów. Na szczęście miałem pieniądze, a oni mieli towar. To była prywatna chałwa. W taki sposób dowiedziałem się, że istnieje rzemieślnictwo.
Gdy zająłem się własnym biznesem, to bywałem u ciebie Warszawo dosyć często. Ja rosłem na Twoich oczach, a Ty na moich oczach piękniałaś.
Los nas rozdzielił. I chcę czy nie, to wspominam te słowa, które dawno, dawno temu śpiewała mi mama:
Warszawo ma
Patrz w oku mym łza
Bo nie wiem czy jeszcze
Zobaczę Cię jutro
Warszawo ma!
I wiesz co mi przyszło do głowy?
Jeżeli naszych losów nikt nie połączy, to Ty będziesz sługą narodów, a ja zostanę wiecznym bradiagą, a o tym, żeby zostać Twym synem marnotrawnym przyjdzie mi tylko pomarzyć.
Inne tematy w dziale Rozmaitości