Marcin K. Marcin K.
50
BLOG

Powrót do Macondo

Marcin K. Marcin K. Kultura Obserwuj notkę 4

Kiedy w maju opuszczałem Macondo było ono w pełni swego rozkwitu. Po kłopotach jakie napotykało przez długi czas, stało się w końcu tym, czego pragnęli dla niego jego twórcy. A może i nie pragnęli? Czy Jose Arcadio i Urszula mogli przypuszczać jak potoczy się historia osady założonej nad brzegiem wzburzonej rzeki gdzieś w zupełnej głuszy? Zapomniani przez wszystkich tworzyli dzieje swojego nowego domu. Powiększali go wraz z rozwojem swej rodziny i remontowali, gdy zaczynał się sypać. Niemal jak nasi rodzinni Jan i Cecylia z „Nad Niemnem”.

Z zaciekawieniem patrzyli na cuda rok rocznie przywożone przez wędrownych Cyganów. Rzecz dziwna, latający dywan, na którym ktoś unosił ponad ich głowami nie sprawiał takiego zachwytu jak maszyna do produkcji lodu. Z niego chciano nawet budować szklane domy, takie to było wielkie marzenie Jose Arcadia. Domy o kryształowych ścianach… skąd my to znamy? Dzieci dorastały, dorastał tez świat. Cyganie z czasem przestali zaglądać w tamte strony ze swymi cudami tymi zwykłymi i tymi niezwykłymi. Ostał się tylko jeden Cygan, serdeczny przyjaciel założyciela Macondo. Miał on cudowne papirusu, na których w dla nikogo niezrozumiałym języku zapisano przeszłość, teraźniejszość i przyszłość osady a tym samym rodu Buendiów.

Mijały lata a czas zdawał się biec w kółko. Kolejne pokolenia następowały po sobie, będąc jakby kopia tego pierwszego. Jose Arcadiów i Aurelianów zastępowali następni o tych samych imionach, niosąc ze sobą cechy im przypisane dalej w przestrzeń dziejów. Jedni prowadzili niekończące się wojny i powstania zabijając w sobie to co najważniejsze – miłość. Inni zostają pozbawienie życia w najpiękniejszym jego momencie.  Kolejni dorabiają się wielkiej fortuny, czy też wpadają na szaleńcze pomysły i marnują lata na ich realizacje. Dzieje i losy całego rodu nie sposób opisać, ale i to nie jest celem.

Kiedy opuszczałem Macondo było już po tym jak Jose Arcadio głowa rodu na zawsze pozostała w tajemniczej krainie, wraz ze swym wrogiem, który to był przyczyną emigracji Buendiów. Urszula nadal dzielnie, pomimo postępującej ślepoty zajmowała się domom oraz swymi kolejnymi potomkami. Aureliano ten pierwszy, pułkownik nadal prowadził swoje wojny, choć teraz już nie rewolucyjne a przeciwnie. Już dawno wszyscy zdążyli zapomnieć o pierwszym i jedynym statku, który zawitał do miasteczka. A cała społeczność z niecierpliwością oczekiwała pierwszego pociągu, który lada chwila miał się pojawić. Z tego co mi wiadomo nie pojawił się jeszcze przez długie miesiące…

Wracając tam, skąd wygnały mnie obowiązki szara codzienność, miałem nadzieje zobaczyć starych znajomych. Chciałem zapytać się o ich zdrowie. Pogadać siedząc na ganku domu Buendiów, jak to bywało za dawnych dobrych lat. Jak sobie wyobrażałem Macondo po tak długim czasie? W moich myślach nie było już ono osadą, wioską, miasteczkiem jak na początku. Nie było nawet miastem, jak w czasie gdy je opuszczałem. To wszystko to słowa za małe. W naszym języku brak odpowiedniego określenia, ale można by pokusić się, że wyobrażałem sobie Macondo jako coś w rodzaju małej metropolii. Takiego swoistego regionalnego centrum…

Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna od moich imaginacji. Nie zastałem ani starych znajomych, ani niemal nikogo. Miasto które opuszczałem przestało istnieć. Zarosło chwastami i hulał po nim tylko dokuczliwy wiatr. Nawet stara rezydencja Buendiów zdawała się rozpadać w oczach. Odeszli już wszyscy, Urszula, Aureliano, pierwszy – pułkownik i drugi, Jose Arcadio pierwszy i drugi. Odeszło pięć pokoleń z rodu. Został tylko ostatni, właściwie przed ostatni. Zamknięty w małym pokoiku z zachłannością odczytywał zapisane tajemniczym językiem dzieje rodu, którego był ostatnim żyjącym potomkiem.

Co działo się podczas mojej nieobecności? Jakaś napotkana kobieta opowiedziała mi o pociągu, który przybył do Macondo, przywożąc mu niezliczone rzesze przybyszów. Mówiła o kampanii bananowej, o strajkach robotników i o masakrze na rynku, której nie było. Z każdym słowem coraz szybciej wyrzucała z siebie kolejne fakty z dziejów miasta. O pociągu pełnym trupów i jednym człowieku, który wyszedł z niego żywy. Opowiadała o deszczu padającym przez wiele lat. O końcu wielkiej fortuny jednego z Buendiów. O Urszuli co pod koniec swego życia całkowicie ślepa zmniejszyła się do rozmiarów lalki. Każde jej słowa pochłaniałem z zachłannością, byle wszystko spamiętać i niczego nie uronić. By przekazać to dalej, by pamiętać. W swej opowieści doszła do ostatniego żyjącego z rodu założycieli, Aureliana Babilonii, któremu urodził się syn ze świńskim ogonem. Jednak ostatniemu z Buendiów niedane było pożyć długo. Jak napisano w cudownych papirusach Cygana, został zjedzony przez mrówki.

Teraz ten ostatni z żywych, zamknięty w małym pokoju poznawał swoje przeznaczenie. Przebywszy stuletni okres dziejów swej rodziny. Losy kolejnych jej członków. Od mitycznych ojców Jose Arcadia i Urszuli po tych, z którymi dane było mu się zetknąć, których przyszło mu pokochać. Stuletnie dzieje samotności, stanęły przed nim w całej okazałości. Ujrzał całe piętno ciążące nad wszytki potomkami pierwszych Buendiów. Ale to już nie ma znaczenia.

Teraz gdy kończy czytać ostatnie zdanie wszystko przestaje istnieć. Rozpada się Macondo, obraca się w pył pod wpływem silnego wiatru. Rozpada się jego dom rodzinny a wraz z nim mały pokoik, który przez te wszystkie lata chował w sobie tajemnice przeszłości, teraźniejszości i przeszłości. I gdy padały ostatnie słowa i zgłoski ostatniego zdania, które brzmiało: „…plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi…" Skończyły się i przeszłość i przyszłość i teraźniejszość.

Chcesz cofnąć czas? Wystarczy wrócić na początek tej niezwykłej historii Macondo i rodu Buendiów.

Marcin K.
O mnie Marcin K.

...dziś stało się wczoraj a jutro staje się dziś...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura