Wygenerowane przez SI
Wygenerowane przez SI
Marcin Kujawa Marcin Kujawa
36
BLOG

Jak rodziła się nienawiść. Cześć 4 - Od Wielkich Indii po wielkie tragedie.

Marcin Kujawa Marcin Kujawa Społeczeństwo Obserwuj notkę 0
Wyobraźmy sobie sytuację: hinduistka żegna męża, muzułmanina, który wraz ze swoim chrześcijańskim przyjacielem wychodzi walczyć ramię w ramię o wyzwolenie spod brytyjskiego panowania. Trzej mężczyźni – być może Muhammad, Rashid i Isaac. Różne imiona, różne wspólnoty religijne, ale w wielu miejscach subkontynentu żyli obok siebie. Mieszane małżeństwa nie były anomalią. Jeszcze zanim polityka zaczęła dzielić ludzi według wyznań, a religia określać stronę barykady, po której przyjdzie im stanąć. Niemożliwe? Wydaje się nawet niedorzeczne.

Wyobraźmy sobie sytuację: hinduistka żegna męża, muzułmanina, który wraz ze swoim chrześcijańskim przyjacielem wychodzi walczyć ramię w ramię o wyzwolenie spod brytyjskiego panowania. Trzej mężczyźni – być może Muhammad, Rashid i Isaac. Różne imiona, różne wspólnoty religijne, ale w wielu miejscach subkontynentu żyli obok siebie. Mieszane małżeństwa nie były anomalią. Jeszcze zanim polityka zaczęła dzielić ludzi według wyznań, a religia określać stronę barykady, po której przyjdzie im stanąć. Niemożliwe? Wydaje się nawet niedorzeczne.


A jednak właśnie taką – wymyśloną przeze mnie – sceną najłatwiej zobrazować relacje międzyludzkie, jakie istniały w wielu rejonach subkontynentu. I właśnie wtedy zaczęła się katastrofa. Religia, która była częścią tożsamości człowieka, stała się narzędziem politycznym. Kiedy polityka sięga po religię, religia zaczyna sięgać po politykę. Wtedy sąsiad przestaje być po prostu sąsiadem. Zaczyna być przedstawicielem „naszych” albo „ich”.

To nie jest wyłącznie historia subkontynentu. Ten mechanizm działa wszędzie tam, gdzie politycy odkrywają, że wiara może być znacznie skuteczniejszym narzędziem niż program wyborczy. Przez trzy poprzednie odcinki próbowałem odtworzyć ciąg wydarzeń, które doprowadziły do zamieszek w angielskim Leicester.


W 2022 roku, po meczu krykieta rozegranym w Dubaju, na ulicach tego brytyjskiego miasta doszło do gwałtownych starć. Hindusi i Pakistańczycy stanęli naprzeciwko siebie. W Wielkiej Brytanii kibicowskie awantury nie są niczym niezwykłym. Tym razem jednak wydarzyło się coś innego. Iskra padła na społeczność, którą jeszcze dziesięć lat wcześniej pamiętałem jako jedną diasporę. Przyglądałem się jej wtedy uważnie. Poznawałem etnicznych Hindusów, Pakistańczyków i Kaszmirczyków. Różniły ich religia, pochodzenie i pamięć, a jednak żyli obok siebie. Miałem wrażenie, że tworzą jedną diasporę.

Jak to możliwe, że ludzie, których przodkowie przez dziesięciolecia stali po przeciwnych stronach konfliktu, potrafili żyć razem?

To pytanie doprowadziło mnie do historii. Im głębiej w nią wchodziłem, tym wyraźniej widziałem, że konflikt indyjsko-pakistański nie zaczął się w 1947 roku. Podział subkontynentu był raczej momentem, w którym narastające lawinowo napięcia, interesy i ambicje dostały własne państwa, granice i armie. Ale zanim pojawiły się Indie i Pakistan, zanim pojawiła się granica, zanim Kaszmir stał się miejscem, o które kolejne pokolenia miały się zabijać, wydarzyło się coś znacznie wcześniejszego.

Gdy jeszcze żyli w przyjaźni

Wróćmy do Kompanii Wschodnioindyjskiej. To może zabrzmieć dziwnie, bo przecież mówimy o jednej z największych historii podboju świata. Ale na początku nie przypominała państwa. Była firmą, konsorcjum, którego udziałowcy wykładali pieniądze, statki płynęły tysiące kilometrów, kupcy szukali towarów, a inwestorzy liczyli przyszłe zyski. Korona dawała Kompanii coś, czego prywatni przedsiębiorcy sami nie mogli sobie zapewnić: królewski autorytet, przywileje i monopol handlowy. Czyli błogosławieństwo.

I właśnie tutaj zaczyna się historia, która do dziś wydaje się niezwykła.

Państwo niczym nie ryzykowało, nie musiało podbijać świata. Wystarczyło wyposażyć prywatną firmę w odpowiednie narzędzia. Kompania szybko nauczyła się z tych narzędzi korzystać. Najpierw były faktorie i magazyny, następnie fortyfikacje. Później własne oddziały zbrojne, z których wyłoniła się regularna armia. I wreszcie możliwość zawierania traktatów, prowadzenia wojny i zawierania pokoju. Pozornie zwykła firma handlowa dostała uprawnienia, które są zarezerwowane dla struktur państwowych.

I tu naturalnie musi pojawić się pytanie: co dzieje się z kupcem, kiedy dostaje armię?

Z pewnością na początku myśli o ochronie przedsięwzięcia. Magazyn, ludzie, bezpieczeństwo transportów. Ale mając już regularną armię, pojawiają się pokusy. Wyszkolone wojsko to możliwość zdobywania nowych terenów. Po zwycięstwach pod Plassey w 1757 roku i Buxar w 1764 roku sytuacja zmieniła się zasadniczo. Kompania uzyskała kontrolę nad dochodami z ogromnych obszarów Bengalu, Bihar i Orisy. W 1765 roku cesarz Mogołów nadał jej prawa do pobierania dochodów z Bengalu, Bihar i Orisy. I nagle ta prywatna firma, która zaczynała od handlu, otrzymała coś zarezerwowanego tylko dla imperiów, coś znacznie cenniejszego niż nawet kolejne magazyny pełne towarów. Dostała dostęp do pieniędzy pobieranych od całych prowincji.

Czy nadal była więc tylko firmą?

Miała własną armię, prowadziła wojny, zawierała traktaty, budowała forty. Pobierała podatki i sprawowała władzę nad milionami ludzi. Granica między przedsiębiorstwem a państwem właściwie przestała istnieć. A wtedy wydarzyło się coś jeszcze bardziej interesującego. Przedsięwzięcie zaczęło samo się finansować. Nie trzeba już było inwestować własnych pieniędzy w zdobywanie kolejnych bogatych obszarów. Zdobyte terytoria zaczynały przynosić dochód, który można było wykorzystać do utrzymania kolejnej armii, kolejnej wojny i kolejnej ekspansji.

Kupiec coraz mniej potrzebował więc handlu, bardziej opłacalne było pobieranie opłat czy podatków.

Firma potrzebowała więc coraz więcej terytoriów. Te potrzebowały armii, a armia potrzebowała pieniędzy – które pojawiały się wraz ze zdobywaniem kolejnych obszarów. I koło się zamknęło.

Wczorajszy kupiec stanął na czele imperium

I właśnie tutaj chciałbym zatrzymać się na chwilę przed kolejnym pytaniem. Historia Kompanii Wschodnioindyjskiej nie jest dla mnie wyłącznie historią brytyjskiego podboju Indii. To historia bardzo ciekawego mechanizmu. Pokazuje, jak zaczynając od handlu, przejść do ochrony własnych interesów, zbudować armię, sięgnąć po władzę, by na końcu stworzyć imperium. I być może dlatego warto cofnąć się jeszcze dalej. Jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego mieszkańcy subkontynentu, którzy przez pokolenia potrafili żyć obok siebie, pewnego dnia znaleźli się po przeciwnych stronach granicy, musimy najpierw zrozumieć coś jeszcze: kto nauczył ich patrzeć na siebie nie jak na sąsiadów, lecz jak na odrębne wspólnoty?

Do Leicester polecę właśnie z tym pytaniem. Nie po to, żeby znaleźć jedną odpowiedź. To chyba niemożliwe.


Ale po to, żeby sprawdzić, ile odpowiedzi może mieć jedno „dlaczego?”.

Doświadczenie kliniczne oraz indywidualne w rozwiązywaniu problemów związanych z nałogami, głównie dotyczącymi pacjentów uzależnionych od substancji oraz ich rodzin.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo