Skończyłem właśnie „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Haruki Murakamiego. Polecono mi tę książkę, mówiąc, że autor jest „kultowy” i niezwykle u nas popularny. Podobno jest nawet w Warszawie kawiarnia nazwana imieniem jednej z jego bohaterek. To była niezła rekomendacja i z chęcią zabrałem się do lektury.
Niestety w miarę czytania mój zapał zaczął stygnąć, by na ostatnich stronach przemienić się w, pewnego rodzaju, irytację. Poczułem się oszukany przez autora. Spodziewałem się prawdziwych przeżyć, a dostałem wykalkulowany produkt. Pod koniec książki wiedziałem o jej bohaterach dokładnie tyle samo, ile dowiedziałem się na początku. Nadanie postaciom zbyt wielu cech indywidualnych mogłoby sprawić, że czytelnicy by się z nimi nie identyfikowali i powieść by się „źle sprzedawała”. Bohaterowie musieli pozostać nie zapisanymi tablicami, aby czytelnicy mogli wpisać w to miejsce siebie.
Dla kogo w takim razie stworzono tę książkę? Odpowiedź wydaje się dość prosta. Dla yuppies z intelektualnymi ambicjami i inteligentów, którzy do modelu życia yuppies aspirują. Jest w tej powieści scena, która wydaje się kluczem do takiej interpretacji. Główny bohater stojąc w korku, za kierownicą swojego bmw, snuje rozważania, że przecież nie do końca jest się tym, co się ma; i jest się wartym więcej niż to gdzie się pracuje. Cała książka na wiele sposobów powiela tę tezę. „To, że nie musimy zajmować się codzienną walką o byt, nie przekreśla nas, jako ludzi z problemami” zdaje się mówić, w imieniu wszystkich yuppies, Murakami. „Nie jesteśmy tacy płytcy, jak się wydaje. Potrafimy naprawdę kochać, ale i głęboko zranić”.
Aby to udowodnić, w książce pojawiają się spersonifikowane fantomy-symbole prawdziwych uczuć. Najważniejsze z nich to „wielka miłość”. Kobieta idealna - niezwykle piękna i mądra, z którą porozumienie duchowe jest tak doskonałe, że można niemal obejść się bez słów. Mimo to, a może właśnie dlatego, dla samej radości, jaką sprawia taki kontakt, główny bohater zapewnia na kartach powieści, że prowadzi z nią długie rozmowy. Niestety nie wspomina o czym. Choć byłoby to ciekawe, bo jak każda „femme fatale” kobieta jest również tajemnicza i zabrania bohaterowi zadawać pytania na swój temat. Ponieważ nie rozmawiają też o seksie, jedyne co pozostaje to chyba pogoda, wspólne dzieciństwo i markowe, bardzo drogie ubrania, które bohater ze znawstwem odnotowuje przy każdym spotkaniu ze swoją „wielką miłością”.
Drugim fantomem pojawiającym się w powieści jest „kobieta skrzywdzona”. To wieczny wyrzut sumienia. Błąd , który robi się w życiu, i którego nie da się w żaden sposób naprawić. Ktoś, kto przez nas cierpi. W tym wypadku to kobieta, ale równie dobrze, heteroseksualne czytelniczki, mogą w tym miejscu podstawić skrzywdzonego przez nich mężczyznę (przy tak dużej symboliczności stworzonych przez Murakamiego fantomów, taką podmianę płci można zastosować wobec wszystkich postaci powieści). O „kobiecie skrzywdzonej” wiemy jeszcze mniej niż o „wielkiej miłości”. Praktycznie znamy ją tylko z młodzieńczych wspomnień bohatera. Teraz, jakiś jego znajomy widział ją gdzieś przez przypadek. „Nie jest już atrakcyjna” tak streszcza to spotkanie. Gdy pod koniec powieści widzimy ją w czekającej na światłach taksówce, jej twarz nie wyraża już nic. Jest duchowo martwa. I to myśmy (każdy czytelnik, który identyfikuje się z bohaterem) ją zamordowali.
Jak większość yuppies bohater Murakamiego posiada również rodzinę. Sympatyczna żona, która aby zagospodarować swój wolny czas udziela się jako wolontariuszka; i dwie nie sprawiające żadnych problemów kilkuletnie córki. Postać żony to kolejny fantom. Jest dokładnie taka, jak wyobrażamy sobie, powinna być. Tolerancyjna i nie wtrącająca się w sprawy męża. Bohater mówi o niej, że „świetnie się z nią czuje”. Gdzie indziej, dodaje: „mogłem jej mówić o wszystkim, bez żadnych zahamowań”. O czym w takim razie jej mówił, już nie wyjaśnia. W każdym razie, nie o swojej „wielkiej miłości”, czy „kobiecie skrzywdzonej”, bo o tej drugiej, żona nie wie nic do samego końca, tej pierwszej, może się, co najwyżej, domyślać. Tak naprawdę, osoba żony jest w książce tylko po to, żeby bezwarunkowo kochać i wybaczać (któż nie chciałby mieć takiego życiowego partnera - duża identyfikacja czytelników gwarantowana). Bez zbędnych ambicji na samodzielne istnienie, „wybacza” więc pod koniec książki.
Postać głównego bohatera jest niemal równie nieokreślona, jak fantomy, które wokół niego krążą. Właściwie, wiemy o nim tylko tyle, że dobrze się ubiera, lubi uprawiać seks i słuchać muzyki. Jego światopogląd w dużym stopniu pozostaje dla nas zagadką. Nie wiemy w co wierzy i czego nienawidzi. Dużo czyta, ale gdy raz mamy możliwość dowiedzieć się co, okazuje się, że jest to książka o konflikcie na granicy chińsko-wietnamskiej. Przy okazji, konstatuje tylko, że jeśli już wybiera powieść, to woli te dziewiętnastowieczne od współczesnych. Nie wiemy też, co jest dla niego najważniejsze. Choć możemy się domyślać, że raczej nic nie jest ważne. „Wszystko przemija” to idea, wyraźnie obecna w tym, co mówi i jak się zachowuje. I choć pogląd to wyświechtany, to chyba jedyny w całej książce, który przekracza ramy yuppisowskiego świata w jakim toczy się powieść.
To także, nieco paradoksalnie, recepta na przetrwanie, jaką daje japiszonom autor. Egzystencjalny lęk to, coś co was łączy z resztą ludzkości – zdaje się mówić swoim czytelnikom Murakami. Nie zagłuszycie go dążąc do kolejnych życiowych celów, goniąc za wielką miłością, uciekając w seks lub sztukę, zakładając rodzinę. Nie ma idealnego życia. Cierpienie jest każdemu przynależne. Musicie się z tym pogodzić. A wtedy wasze wątpliwości - w tych krótkich chwilach kiedy macie na nie czas, za kierownicami waszych stojących w korkach samochodów - staną się bardziej znośne.
Czego się w takim razie czepiam, mogą się państwo zapytać? Wszak książka spełnia swój cel. A rzesze czytelników potwierdzają, że jest potrzebna. No cóż, marzy mi się jeszcze czasami, literatura bez określonego celu, pisana z potrzeby serca, potrafiąca czytelnika zaskoczyć, a nie przewidująca jaki on będzie. Taka bardziej dziewiętnastowieczna. Chyba to więc, tylko marzenie.



Komentarze
Pokaż komentarze