6 obserwujących
82 notki
74k odsłony
  285   0

Przed promocją książki o Świetlku

Jak to było ze „Świetlikiem”, pytają mnie znajomi. Naprawdę chcieliście w ten sposób budować opozycję, czy po prostu znaleźliście, sprytnie zresztą, okazję do dobrego zarabiania pieniędzy? To wszystko, co się teraz dzieje, filmy i książki, to prawda czy legenda?

I jedno i drugie, odpowiadam. Z jednej strony tłukliśmy jakieś ulotki, a z drugiej trzeba było z czegoś żyć. Ale, prawdę mówiąc, gdy zakładaliśmy spółdzielnię, nie myśleliśmy o tym, że będzie czymś więcej, niż alternatywa dla zatrudnienia się w państwowym zakładzie pracy i tłuczenia ośmiu godzi, by zarobić tysiąc złotych. Nie było w tym żadnej ideologii, żadnego szczytnego zamiaru. Chcieliśmy robić swoje, ale mieć z czego żyć. Tak powstał „Świetlik”, z mieć, a nie być. Być, mieliśmy obok, za progiem, każdej nocy i każdego dnia trzeb było wydrukować ulotki, przewieźć papier czy farbę, poczytać wydawaną poza cenzurą literaturę. Ale skoro chciało się to robić, trzeba było zarabiać.

To Maciej Płażyński z Romanem Rojkiem grali wtedy pierwsze skrzypce w spółdzielni. To oni uzgadniali ze sobą, kto będzie zatrudniony. Ja skromnie liczyłem jakieś słupki i obsługiwałem kontrole, które co jakiś czas do nas wpadały. To nie ja tworzyłam legendę „Świetlika, przynajmniej nie na początku, choć od początku spełniałem niewdzięczną rolę przeliczania wszystkiego, bo musiał się jakoś utrzymać. Nie można było wydawać więcej, niż się ma, czego obecne rządy wielu krajów nie potrafiły zrozumieć, być może dlatego, że nie przeszły szkoły „:Świetlika”.

Pamięć jest zawodna, ale kiedyś z Jarkiem Czarnieckim, na samym początku, rozmawialiśmy, że Roman z Maćkiem kłócą się, ale to ożywcza kłótnia, zawsze z niej coś wynika. Maciej lubił marzenia, Roman konkrety. Do dziś nierozwiązywalny problem. Nie można zapominać o potrzebujących, ale nie można też o budżecie.

Dzięki Mackowi spółdzielnia stała się czymś więcej niż przedsiębiorstwem, ale zapomnieliśmy o tym, że żerujemy na absurdalnościach systemu. Trochę wódki, trochę śledzi i jakoś szło. W zderzeniu z twardą rzeczywistością rynkowej konkurencji okazało się, że to za mało. Przed tym ostrzegał Roman, chyba a wcześnie, bo tego nie rozumieliśmy.

Zostawiam jednak na boku ekonomię. Wartością „Świetlika” nie były pieniądze, tylko umiejętność współżycia ze sobą ludzi o najróżniejszych poglądach. „Świetlik” nie jest mój, choć go zakładałem, nie jest Macka i Romana, Mirka czy Jurka, jet nasz. To jest jego wartość i proszę, jako jeden z jego współzałożycieli, bądźmy zawsze spółdzielcami, szanujmy się i spotykajmy z tym samym pozytywnym nastawieniem. Możemy się nie zgadzać w polityce, dzisiaj, ale to nie znaczy, że nie możemy wypić razem piwa. Proponuję, by „Świetlik” był azylem, takim jedynym i wyjątkowym, jaki kiedyś był. Nie dyskutujemy w nim o przeszłości, tylko się spotykamy i powspominamy stare czasy. Moje dzieci traktują to jak święto, w księdze pamiątkowej napisały: „Dzieci Świetlika dziękują rodzicom, że mogą żyć w normalnym kraju”. Proszę, zachowajmy to dla nich. Kto był w Świetliku, jest przyjacielem. Na zawsze.

 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale