6 obserwujących
82 notki
74k odsłony
  464   0

Ballada o dżinsach

Jeżeli w ogóle istnieją rzeczy uniwersalne, to poza ideami filozofów, na pewno należą do nich dżinsy. Dżinsy pokonały wszelkie granice, nie tylko państwowe, również granice klas społecznych. Znajdzie się je w szafach arystokratów, finansowych magnatów, filmowych gwiazd, najsłynniej­szych muzyków, noszą je studenci i farmerzy, inteligencja i robotnicy. Nie istniał w historii mody wzór tak doskonały, zawsze modny, a przy tym wygodny. Gdy w latach siedemdziesiątych XIX wieku bawarski emigrant, niemiecki Żyd Levi Strauss rozpoczynał produkowanie roboczych spodni z bawełny barwionych błękitem indygo, nie przypuszczał nawet, że rozpoczyna światową rewolucję nie tylko w modzie, ale też stylu bycia, że tworzy symbol, któremu może dorównać tylko coca-cola. Wszystko w dżinsach było masowe, zwyczajne, a jednak połączone ze sobą stawało się niepowta­rzalne. Bawełniany materiał, charakterystyczny matowy błękit, miedziane nity, które służyć miały zwiększeniu wytrzymałości stworzyły wzór niemal doskonały. Niemal, bo doskonałość jest nudna i monotonna, a dżinsy wciąż się zmieniają, są jak szachy, te same figury, a miliony kombinacji. Za­miast guzików pojawił się zamek błyskawiczny (choć nie wyparł guzików zupełnie), zmieniał się krój, ale to zawsze były dżinsy, co do tego nikt nie ma wątpliwości. Wystarczy spojrzeć: jakie są, każdy widzi. Mogą być rozszerzane lub wąskie, z nitami lub bez, z dodatkami lub modnie poroz­dzierane na udach, ciemnobłękitne lub sprane, fabrycznie wygniecione bądź wyprasowane, ale to zawsze dżinsy. Są symbolem luzu, swobody, niezależności, wakacji, pasują do kolorowej koszuli i T-shirta, ale można założyć do nich sweter lub sportową marynarkę. Można w nich pracować w ogrodzie, ale i pójść na dyskotekę, piec kiełbaski przy ognisku, ale i popijać drinka na niezobowią­zującym przyję­ciu, nie wspominając o dyskotece. Założyć je można mając lat kilka i kilkadziesiąt, będąc kobietą bądź mężczyzną, dżinsy są wszechstronne, wszechobecne, przydatne, ponadczasowe – uniwersalne właśnie.

Dla mojego pokolenia, pokolenia Polaków dorastających w czasach peerelowskiego socjali­zmu, dżinsy to jednak było coś znacznie więcej, to szczególny symbol zachodniej kultury, symbol wolności i nadziei, to ucieleśnienie tęsknoty za normalnością. Prawdziwe dżinsy z naszywką Wran­gler, Lee czy Levis Srauss pragnął mieć w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych każdy nastol­atek, ale nie każdą rodzinę było na to stać. Prawdziwe zachodnie dżinsy można było dostać w Pe­weksie, ale cen była wysoka, pierwsze dżinsy kupiłem za szesnaście bodaj dolarów, gdy mie­sięczna pensja mojej mamy niewiele przekraczała równowartość dwudziestu. Ceny na hali targowej w Gdy­ni, gdzie stoiska zaopatrywali marynarze, choć wyrażone w złotówkach, nie były niższe.

Do dziś pamiętam, z jaką zazdrością przyglądałem się w szkole podstawowej kolegom, któ­rych ojcowie pływali i stać ich było na kupowanie synom dżinsów. Ja skazany byłem na chodzenie w Odrach, polskiej podróbce produkowanej w Szczecinie. To był nędzny surogat, materiał nie taki, ścierać się nie chciały, totalna i widoczna z daleka porażka. To dzisiaj wydaje się śmieszne, ale ro­dzimy socjalistyczny przemysł nie był w stanie wówczas pokonać tej bariery i wyprodukować normalnych dżinsów, choć mógłby zbić na tym fortunę.

Do dziś pamiętam moje pierwsze Wranglery, dostałem je, gdy miałem trzynaście lat. Z dumą nosiłem każdego dnia. Potem, gdy kupiłem kolejne, nie wyrzuciłem ich, tylko naszywałem łata za łatą i wyruszałem na na rajdy czy wakacyjne wypady. Zjechałem w nich całą Polskę i wybrzeże Bułgarii. Rozstawałem się z nimi po latach z ogromnym żalem, ale łat już nie było gdzie naszywać.

W latach osiemdziesiątych dżinsy dla mojego pokolenia nabrały dodatkowego znaczenia, sta­ły się manifestacją protestu, tak jak opornik wpięty w sweter podczas pierwszego roku stanu wojen­nego. W garniturach i krawatach chodzili „oni”, partyjni dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw i komuniści, oportuniści i konformiści. Byliśmy już przedsiębiorcami, a nie zmienialiśmy stylu, Ma­ciek Płażyński chodził w dżinsach i granatowym swetrze nawet gdy spotykał się z dyrektorami przedsiębiorstw, w których realizowaliśmy zlecenia, nie inaczej było z Krzyśkiem Bieleckim, który był prezesem spółdzielni „Doradca” oraz wieloma późniejszymi ministrami, posłami i przedsiębior­cami. Luz był obowiązkowy, wyznaczał granicę między nimi i nami. Był kontestacją rzeczywisto­ści, przy jednoczesnym w niej uczestnictwie, bo jednak trzeba było pracować, by żyć, ale przynaj­mniej na swoim.

Potem czasy się zmieniły, zaświtała w Polsce wolność, role się odwróciły i nie trzeba już było unikać garniturów, nawet przeciwnie. Przez ponad dwadzieścia lat nie rozstawałem się na co dzień z krawatem, nawet popołudniami dżinsy poszły gdzieś w zapomnienie. Ale stara miłość nie rdzewieje, im starszy jestem, tym chętniej do mnie wracają, jak wspomnienia ze szkoły i dawne przyjaźnie. Zakładając dżinsy mam wrażenie, jakbym wracał z dalekiej podróży do domu, do miej­sca, które dobrze znam, pamiętam i w którym w gruncie rzeczy czuję się najlepiej, choć na jakiś czas urzekły mnie egzotyczne krajobrazy. Nawet tropikalne, olśniewające krajobrazy potrafią jed­nak znużyć, a wtedy budzi się tęsknota za domem. Moim zaś jest blue jeans. Przeprosiłem się z nim, a on mi wybaczył zdradę. Choć garniturów do końca nie porzuciłem, dżinsowe spodnie się nie gniewają, za­wsze były tolerancyjne. Teraz jesteśmy razem szczęśliwi.

Zabawne, że wszystko co napisałem do głowy mi przyszło, gdy wyrzucić musiałem parę dżin­sów, przetarły się już na udach. Łat już się nie naszywa, poprutych nie wypada mi nosić, bo choć mógłbym udawać, że takie były kupione (były tak stare, że już wyglądały jak nowe), to jednak do mego wieku to nie pasuje. No i tak, przy śmietniku, narodził się pomysł tej ballady o dżinsach. Za­stanawiam się tylko, czy to normalny objaw, gdy spodnie przywołują sentymentalne wspomnie­nia? Chyba jednak się starzeję.

 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale