30 stycznia
Piszę w Onecie o Ameryce Trumpa II jako o kraju podwójnie różnym od tego, jaki znaliśmy od 1945 roku. Po pierwsze, kraju, gdzie łamane są prawa podstawowe i gdzie system "checks and balances" nie działa (to pierwsze wynika z drugiego). Po drugie, kraju który w swojej polityce zagranicznej już nie jest sprzymierzeńcem wolnych narodów.
Poniżej fragmenty, link w pierwszym komentarzu:
"USA są państwem imperialistycznym w wymiarze międzynarodowym, a stają się (proces w toku) państwem władzy arbitralnej w wymiarze wewnętrznym. Są to dwa aspekty tego samego zjawiska — wyrodnienia państwa, które (przy wszystkich swoich wadach) było kolebką i wzorcem demokracji, a zarazem strażnikiem wolnego świata, a niekiedy także (jak w dobie komunizmu w Europie Środkowej) promotorem wolności dla narodów poddanych tyrańskiemu systemowi władzy."
[...]
"W czerwcu ub.r. Stany Zjednoczone nałożyły sankcje personalne na czterech sędziów Międzynarodowego Trybunału Karnego. Dwóch wszczęło postępowanie przeciwko żołnierzom amerykańskim, którzy mieli dopuścić się nadużyć w Afganistanie. Dwóch pozostałych wydało międzynarodowy nakaz aresztowania dla izraelskiego premiera, Binjamina Netanjahu i jego byłego ministra obrony, Joawa Gallanta, z racji uzasadnionego podejrzenia, że obaj politycy dopuścili się zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości w Gazie. Sankcje na sędziów MTK obejmują m.in. zakaz wjazdu do USA oraz zamrożenie środków finansowych będących ich własnością, a znajdujących się na amerykańskim terytorium.
W grudniu ub.r. z kolei pięć osobistości z Unii Europejskiej, w tym Thierry Breton, były komisarz do spraw rynku wewnętrznego, zostało objętych amerykańskimi sankcjami za to, że pracowały nad europejskimi regulacjami dotyczącymi amerykańskich platform internetowych, co USA uznały za cenzurę.
Nakładanie tego typu sankcji personalnych przez USA na przedstawicieli świata Zachodu, i to z powodu ich zaangażowania na rzecz respektowania wartości liberalnej demokracji, jest czymś dotąd niewyobrażalnym. Sankcje tego rodzaju dotyczyły w przeszłości mafiosów i dyktatorów."
[...]
"Amerykański ustrój był od dwóch stuleci dosłownie opiewany przez europejskich myślicieli politycznych, na czele z Alexisem de Tocquevillem i jego słynnym dziełem "O demokracji w Ameryce". Europejczycy widzieli w ustroju USA wzorzec, konstrukcję niezwykle przemyślaną i zrównoważoną, nakierowaną na to, żeby niszczyć w zarodku wszelkie próby nadużycia władzy.
Ojcowie-założyciele amerykańskiej demokracji istotnie poświęcili dużo uwagi zbudowaniu systemu hamulców i przeciwwładz. System amerykański, oglądany z Europy ostatnich 250 lat, gdzie w różnych krajach wielokrotnie dochodziło do zbytniej koncentracji władzy, do rewolucji i kontrrewolucji, i gdzie — przede wszystkim — narodził się narodowy socjalizm, wyhodowany na podglebiu demokratycznych, ale słabych instytucji Republiki Weimarskiej, do niedawna budził uznanie, żeby nie powiedzieć: podziw. Wydawało się, że system ten, dzięki wbudowaniu weń licznych przeciwciał jest odporny na autorytarne zwyrodnienie.
Otóż na naszych oczach ono się właśnie dokonuje. Czy się dokona definitywnie, tego nie wiemy, ale z pewnością już pierwsza kadencja Trumpa i jej niesławnej pamięci koniec, a także — i tym bardziej — druga kadencja dostarczają wielu przykładów, że proces wyrodnienia następuje."
[...]
"Nowa polityka wizowa przyjmuje jako kryteria m.in. stosunek do obecnego rządu USA. Sprawdzane są wypowiedzi kandydatów do otrzymania/przedłużenia wizy, także te umieszczone w mediach społecznościowych. Wielu w obawie przed konsekwencjami nie zabiera głosu.
Drastyczna i brutalna jest polityka antyimigracyjna. Federalna służba, Imigration and Customs Enforcement (ICE), dopuściła się zabójstwa młodej matki, Renee Nicole Good, w Minneapolis, na początku stycznia. W ostatnich dniach także w Minneapolis zginął z rąk innej federalnej służby, Border Patrol, młody pielęgniarz, Alex Pretti. Oba te wypadki wyglądają na zabójstwa z zimną krwią.
Piszę o tych przypadłościach wewnętrznych Ameryki Trumpa II, ponieważ nie jest to bez znaczenia dla tego, jak USA pod jego przywództwem prowadzą się na arenie międzynarodowej. Państwo, podlegające autorytarnej dewiacji w wymiarze wewnętrznym, podlega zarazem imperialistycznej dewiacji w wymiarze międzynarodowym.
Ameryka już nie przyciąga. I Ameryka już nie jest sprzymierzeńcem wolnych narodów. Jedno z drugim ściśle się łączy."
[...]
"Wnioski z tego dla Europy i dla Polski powinny być takie, że trzeba się wybić na samowystarczalność, także w wymiarze strategiczno-wojskowym. A jeśli za jakiś czas (i na jakiś czas) wróci Ameryka bardziej pociągająca i gotowa do współpracy, to tym lepiej. Ale na razie jest tak, że Europa będzie musiała podjąć prawdopodobnie cały wysiłek wspierania Ukrainy. Coraz bardziej widać, że desperackie próby przeciągnięcia USA na stronę Zachodu spełzną na niczym, bo USA fundamentalnie godzą się z tym, żeby Rosja zrobiła z Ukrainą, co zechce."
[...]
Ostatnie wydarzenia — związane z zapowiedziami zajęcia Grenlandii, wysłaniem na wyspę symbolicznych oddziałów przez Danię i siedem państw europejskich, szantażem celnym Trumpa wobec tych państw, pełnym pogardy dla Europy przemówieniem prezydenta USA w Davos, a w końcu wykonaniem przez niego kroku wstecz, tak w sprawie Grenlandii, jak iw sprawie ceł — jeszcze raz pokazały, jak mało łączy nas, Europejczyków, z Amerykanami. Nie godzimy się być wasalami Trumpa, tym bardziej że w tym modelu wasal nie ma żadnych gwarancji, inaczej niż to było w modelu z czasów feudalnych. I nie godzimy się na łamanie naszych zasad, a najważniejszą z nich jest suwerenność państwowa. Sojusznik, który grozi, że nas najedzie? To przecież karykatura sojuszu.
Europejczycy od roku robili wszystko, żeby nie rozwścieczać Trumpa, w nadziei, że pochlebstwami i ustępstwami da się go udobruchać. Stąd m.in. zgoda Komisji Europejskiej na nierównoprawne porozumienie handlowe z USA, zawarte w lecie ub.r. w golfowej rezydencji Trumpa w Szkocji. Teraz przeważa przekonanie (także w kręgach biznesowych, z reguły myślących zachowawczo), że taktyka obłaskawiania Trumpa wyczerpała swoje możliwości. Głośnym echem odbiła się niedawna wypowiedź byłego sekretarza generalnego NATO, Andersa Fogha Rasmussena: >>Musimy zmienić strategię i dojść do wniosku, że jedynymi rzeczami, które Trump szanuje, są siła, stanowczość i jedność. Dokładnie to powinna okazać Europa. Czas pochlebstw się skończył. Dosyć!<<.
I tak właśnie sprawy się mają, także dla Polski. Na dłuższą metę wybór między USA a Europą jest fałszywy, bo USA nie zamierzają się tu angażować przeciw Rosji. A zakładać, że — wbrew swej ogólnej polityce odwrotu z Europy — zaangażują się wyłącznie na rzecz Polski, jest nieodpowiedzialnym marzycielstwem."
Roman Graczyk



Komentarze
Pokaż komentarze (1)