Krakowskie Przedmieście mogłoby wzmocnić prezydenturę. Ale prezydent musiałby przestać się od niego odwracać.
Nie wiem czy taki był zamysł organizatorów niedzielnego marszu („Marsz dla Jezusa Chrystusa Króla Polski”), ale w miejscu gdzie do niedawna stał drewniany smoleński krzyż, wnieśli oni w górę kilkadziesiąt drewnianych krzyży i zapalili znicze. W miejscu jednego było kilkadziesiąt... Nie zostawili ich (przynajmniej do godz. 20.00), to by zresztą narażało krzyże na akcje sprzątaczek czy jakichś innych służb, ale przecież mogą wrócić za tydzień czy miesiąc.
W całej tej sprawie nie chodzi tylko o krzyż, a już zupełnie jego materialny element (dwie zbite deski), ale o emocje i oczekiwania ludzi po smoleńskiej tragedii, którzy chcą by stanął w tym miejscu ich materialny ślad. Lech Wałęsa zauważył ostatnio przytomnie, że przecież prezydent może zmienić siedzibę. Nie wiem czy akurat na Zamek (to inny temat) ale były prezydent ma rację: jeśli prezydentowi Komorowskiemu tak źle w tym miejscu, to może je zmienić. Jest taka opcja.
Już od dawna ten spór był klarowny: swoje racje mają obrońcy krzyża i demonstranci z Krakowskiego, swoje racje mają miliony głosujących na Jarosława Kaczyńskiego: gdyby on został prezydentem nie byłoby w ogóle problemu upamiętnienia tragedii. A tak mają, słuszne postulaty pod adresem nowego prezydenta, gospodarza tego miejsca (bo przecież, nie żartujmy, nie jest nim HGW czy miejski konserwator).
Niepojęte jest dla mnie dlaczego Komorowski nie robi pod adresem obrońców krzyża, a metaforycznie mówiąc — Krakowskiego, przynajmniej dobrej miny. Mógłby wyjść na ulicę, złożyć bukiet kwiatów, powiedzieć: chcecie pamiątki — niech będzie (tylko nie utrudniajcie mi bez potrzeby rządzenia), a ja sobie poradzę, mam zapasowy wjazd, później coś trwalszego postawimy... Tak wkroczyłby w polityczny wymiar Krakowskiego Przedmieścia, gdyż to już nie ta sama ulica.
To główny Polityczny Deptak Rzeczpospolitej.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)