Mariasz Mariasz
116
BLOG

Próbne alarmy pożarowe

Mariasz Mariasz Rozmaitości Obserwuj notkę 7

 

W styczniu roku 1988 wyłączono zagłuszanie Wolnej Europy. Z okazji ukończenia studiów dostałem „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej. Za kilka miesięcy miałem iść do wojska, aby nauczyć się strzelać z haubicoarmaty. Moja koleżanka Małgosia załatwiła mi pracę w ekipie sprzątającej Dyrekcję Okręgową Kolei w Gdańsku. Pracowałem z takim Rysiem, a Małgosia dbała o dyrekcyjne archiwum.
Przyda się nam parę groszy Rysiu, powtarzałem, tak byłem zadowolony. Dyrekcja kolei, die Eisenbahndirektion, była tam i przed wojną. Jaka wielka budowla, cieszył się Rysiu. Z dawnych czasów zostały okazałe, szerokie schody z żółtobrązowego piaskowca i obrotowe drzwi szorujące szczotkami po podłodze. W szafach z wiórowych płyt wisiały wieszaki na ubrania firmy Robotham, a w ścianach tkwiły skrzynki z hydrantami wyprodukowanymi w mieście Bromberg, czyli Bydgoszczy. Budynek wieńczy szklana kopuła, pozornie nieduża, gdy się patrzy z ulicy, a w rzeczywistości ogromna, i mieszkają w niej całe stada wróbli i gołębi. Wynosiliśmy kosze na śmieci z pokoi urzędników i czyściliśmy podłogi.
***
Przez kilka dni w Dyrekcji trwały próbne alarmy pożarowe, pracownicy o umówionej godzinie wychodzili na korytarze, strażacy wspinali się do okien, a potem rozkładali pod kopułą plątaninę węży, starając się wszystko sensownie połączyć. Jacy energiczni ludzie z tych strażaków, cieszył się Rysiu. Wróble i gołębie latały przestraszone, a strażacy narzekali na ptasie gówienka. Panie, czego myśmy nie gasili, opowiadali nam. U góry wszystko ociekało wodą, a po szklanych płytach spływały ptasie piórka. Niczego nie trzeba było gasić, ale strażacy, jak tylko się zjawią, zauważył Rysiu, zawsze rozlewają wodę.
Czasami zachodziłem na herbatkę do archiwum. Pracował tam pan Pazdra, nieduży, drobny, o haczykowatym nosie, tuż przed emeryturą. Razem z nim siedziały dwie młode kobiety, Krysia i Teresa. Tereska, okazała blondynka, podobała mi się bardziej. Zenek, krzyczała na pana Pazdrę, skocz no zrobić herbatkę, gość do ciebie ! Pan Pazdra uśmiechał się wtedy zadowolony, bo przyjemnie mu było, że taka piękna kobieta zaprząta sobie głowę jego sprawami.
- Ostatniego szczęśliwego lata przechodziłem kurs przysposobienia wojskowego i specjalnego szkolenia antydywersyjnego – opowiadał pan Pazdra – W rolę dywersanta najlepiej wcielał się kolega Lukier. Jak już jednak wojna wybuchła, to się okazało, że dookoła tylko dywersanci, a ja jestem sam. Na dodatek gdy aresztowali mnie Niemcy, to usłyszałem, że  ja jestem dywersantem. Niewiarygodne, jak tu ludzi pomieszało. Od pierwszego września szukano gdańskich Polaków, to w Gdyni, w Tczewie, dla niemieckiej żandarmerii obywatele Wolnego Miasta Gdańska zadeklarowani jako pochodzenia polskiego, znajdowani poza miastem, byli oczywistymi zdrajcami. Jeden Polak Dunst, drugi Falow, potem Knoff, Lessnau, Pillath, Pohl, Schumann, Wohlert, Jahn, Wolf. Esesman Korczynski wydzierał się: „Schumann, ty polska świnio, zachciało ci się iść na Berlin ?!” W obozie pasłem gęsi dla esesmanów. Stado miało chyba z tysiąc sztuk. Czasami tam przyjeżdżali, Korczynski w czarnym skórzanym płaszczu, brodzili wśród gęsi, machali rękami, Korczynski udawał samolocika i syczał do ptaków, ssss... wir sind SS Truppen ! Grunt to ćwiczenia, do dziś mogę zrobić sto stójek, jedna za drugą, a żebyś ty widział, jak z generałem Borutą śmigaliśmy na drążkach, generał był już po pięćdziesiątce, ale wszyscy młodzicy mogli tylko podziwiać !
 
***
Najładniejsza pani urzędowała w Biurze Skarg i Wniosków, wielkim, dobrze utrzymanym pokoju, pośród szklanych gablot wypełnionych dyplomami, pucharami, medalami, listami gratulacyjnymi i innymi zawikłanymi historiami wypisanymi pięknie kolorowym tuszem na bristolu. Te pamiątki nie należały właściwie do Biura Skarg i Wniosków, lecz do zakładowego Chóru Męskiego „Lutnia” imienia Stanisława Moniuszki. Czy ktoś, olśniony tak wielkimi dokonaniami, chciałby się jeszcze skarżyć ? Ona, ta paniusia, dopiero pilnowała porządku! Przebrałem się w swojej pakamerze i ruszyłem do wyjścia, korytarz, schodki, korytarz, już się nie gubiłem, jak na początku, a w hallu przy obrotowych drzwiach stało kilku mężczyzn, w skórzanych marynarkach i szerokich spodniach, sprawdzali dokumenty wchodzącym i wychodzącym i rozmawiali przez radio. To jest tajna policja, mówi Rysiu, jak na zakład przyjeżdżała ważna delegacja, to zawsze się zjawiali. Przychodziło ich parudziesięciu, przystojne chłopaki, ubierali się w czyściutkie kombinezony i stawali przy maszynach. Szybko, akuratnie. Parę słów, jak się wam pracuje, towarzyszu, delegacja przechodziła, a oni za nimi, i dalej na drugi zakład. Albo telefony. Ciągle coś przy nich majstrowali, zakładali, poprawia­li, schludnie, żeby tylko bałaganu nie zostawić. Monterzy. Przed pierwszym maja zawsze malują barierki przy torach tramwajowych na Grunwaldzkiej, tak jak pochód chodzi. Albo dach wzmocnili, że­by helikoptery mogły na nim lądować. Ciągle coś budują, przerabia­ją. Sprawdzają strychy, studzienki ściekowe, kanały. Podob­no nawet zmajstrowali sobie na poligonie makietę miasta, żeby na sucho ćwiczyć tłumienie demonstracji. Tajna policja, mój drogi, zawsze ich poznam. Wieczorem mama mówi, że stocznia zaczęła strajk.
 
***
Następnego dnia przy obrotowych drzwiach zatrzymali nas ci w skórzanych kurteczkach, dokumenty proszę, chcieliśmy iść na czwarte piętro, ale nie było wolno, cały czas pilnowali, pilnowali tak przez tydzień, a chłopcy ze stoczni siedzieli na wysmołowanym dachu, jak jechałem kolejką, to było ich widać. Tajni policjanci patrzyli sobie na strajk z okien czwartego piętra, przysiadali na parapetach z lornetkami i rozmawiali przez radio; gdzie ty jesteś, gdzie ty jesteś, zachrypiało, na swoim posterunku jestem, zameldował młody w kurteczce. Siedzą na murze. Machają rękami. A bo ja wiem, mówi młody w kurteczce, czego oni chcą? Teraz to nikomu się nie wierzy. Kiedy strajk skończył się, ci w skórzanych kurteczkach zniknęli. Weszliśmy na czwarte piętro, podłoga korytarza zasłana była papierami i tekturowymi teczkami, pożółkłe papierki, po polsku, niemiecku i rosyjsku, dziesiątki teczek, a na każdej czyjeś nazwisko. Tereska mówi, że pan Pazdra trzymał w jednym z pokoi trochę akt z archiwum, a jak tajni policjanci się nudzili, to z tych nudów zabawiali się wertowaniem starych dokumentów personalnych; to niemożliwe, odpowiadam, teczki leżą na korytarzu, co się stało, bo pomyślałem, że jeśli teczki leżą na podłogach, a tajna policja niewiele o nie dba, to coś musiało się stać, pomyślałem że może już niedługo zacznie się wielkie wyrzucanie teczek z archiwów, i wśród pomiętych, zdeptanych dokumentów ktoś znajdzie kartkę, która będzie najpiękniejszym darem, bo to o bracie, ojcu albo dziadku.
Mariasz
O mnie Mariasz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości