85 obserwujących
2393 notki
1267k odsłon
434 odsłony

Eeeeeh, Włodzimierzu…!

Wykop Skomentuj4

/uwaga: piszę poniższe od kilku dni, i niestety słabo mi idzie, bo mi przeszkadzają wciąż nowe wieści, przy czym nie chodzi o to, że „poprawiam wątki”, zmieniam poglądy, tylko że Państwo (Rzeczpospolita Polska) zwariowało: okaże się to poniżej, a tekst dziś zakończę/ 

Relacja między Państwem a Obywatelem zawsze była delikatnej natury (piszę o rzeczywistości polskiej), nigdy jednak nie była relacją tak ewidentnie psychiatryczną, w której Państwo jest pacjentem wciąż bardziej i bardziej głodnym kontroli nad wszystkim, a Masy Obywatelskie wciąż bardziej i bardziej wyzbywają się samostanowienia i poszukują tylko takiego urzędu, organu, prominenta – który lepiej obieca opiekę.

Piszę zatem list z psychiatryka, zamkniętego na spusty, na zatrzaski, na hermetyczne przepusty, gdzie w tłumie szaleńców trudno jest odróżnić „personel” od „podopiecznych”, bo wszyscy gorączkowo szukają „maseczki”, jeszcze bardziej gorączkowo niż identyfikatora, dającego władzę lub opiekę, wedle rozpaczliwych oczekiwań.

Jest już grubo po rozpoczęciu XXI wieku. Wieku, w którym dawno przestali się liczyć ludzie, nawet ci ważni, a liczą się jedynie skrajnie zurbanizowane, bezosobowe hiper-struktury.

Piszę książkę „Dalba”. To jest książka naukowa, rozpostarya między kilkanaście nauk społecznych, książka o tym, że kiedyś infrastruktura pomagała jedynie mnożnikować efekty codziennych działań, potem przyjęła rolę wielkomiejskiego spoiwa i regulatora dla mrowia ludzkich siedzib i „placów zabaw społecznych”, a teraz to ona, hiper-urbalna nad-struktura o charakterze „krytycznym” (decydującym) – staje się celem samym w sobie, zawładnęła wyobraźnią ludzką, zaś ludzkie jednostki, społeczności, środowiska – mogą sobie co najwyżej umościć ulotne gniazda na jej konstrukcjach i przycupnąć w nich tak długo, jak się da, do kolejnej przebudowy, remontu.

I ja tej książki nie dokończę, bo umrę. Nie, nie fizycznie, tylko wessie nie rozlewające się wokół NIC.

Jestem pełnokrwistym obywatelem. Nie takim obywatelem rejestrowym, zakleszczonym wewnątrz PESEL, REGON, NIP, adres korespondencyjny, telefon oficjalny, zakres obowiązków, konto bankowe i w ZUS, wyposażonym w różne PIN-y i podobne przepustki do „normalności”. Jestem z tych, którzy mają w miarę dobre, wystarczające rozeznanie w sprawach, którymi żyją, i mają bezwarunkową, do tego bezinteresowną skłonność do czynienia tych spraw wciąż lepszymi niż są.

A piszę do luminarza, właściwie do prominenta, do osoby najwyżej ulokowanej w Państwie spośród tych, które znam osobiście i tak długo, że nie zdołają mnie omamić pierdółkami. Nie, nie spodziewam się efektu doraźnego. Zwłaszcza w relacji JA-ON, ale jakem obywatel – spełniam swój obowiązek wobec współ-obywateli: czynię mu wiadomym, co myślę o wszystkim ważnym w czasie zamętu. Żeby nie było, iż „nikt nie zgłaszał”.

Z prominentami obcuję „cieleśnie” od ponad 40 lat, zawsze w roli „rzepa”, który się ich psiego ogona uczepił. Dziś trafiło na niego. Nie popisuje się. Ktoś, kto aktywnie spędził lata roześmiane i lata dojrzałe funkcjonując w mieście stołecznym – musi mieć w notatniku co najmniej kilkadziesiąt ważnych telefonów, inaczej byłby tylko udawaczem. Pytanie, jak wykorzystuje ten spis telefonów. Ja akurat nigdy nie splamiłem się w tej sprawie prywatą…

* * *

Znamy się lat… poczekaj, niech policzę – od roku 1982 (?), wychodzi prawie 40. W każdym razie obaj byliśmy aktywni w czasie przełomu związanego z Pierwszą Solidarnością, kiedy SZSP z powrotem przyjęło nazwę pierwotną (ZSP), a jednocześnie zyskało na uczelniach silną konkurencję w postaci NZS i wielu organizacji „jednowymiarowych” (w „moim” SGPiS było ich chyba ponad 20).

Piszę do Ciebie z prostego powodu: znajdujemy się na przeciwnych biegunach potencjału politycznego, przy czym Ty jesteś jak zwykle po stronie zwycięzców politycznych, a ja – jak zwykle pośród tych wciąż odnoszących nieprzydatne, niepraktyczne zwycięstwa moralne. Warto w przełomowej dla Kraju (i dla świata) chwili – wymienić doświadczenia.

O tym za chwilę, najpierw zajmę się tak nielubianą przez Ciebie „prehistorią”. A właściwie refleksją nad swoim „przeznaczeniem”. Które każe mi wciąż antyszambrować poza głównymi nurtami, ale nie „po przeciwnej stronie”, tylko „tuż za szybą”. Nawet jeśli czasem ów główny nurt daje mi szansę – to ja ją z jakichś „pryncypialnych” powodów zaprzepaszczam, odrzucam, jak zwyczajny podskakiewicz.

Na poziomie estetycznym jesteśmy porównywalni: gadaliśmy wciąż i robiliśmy rzeczy paskudne z krótkimi przerwami na sprawy wzniosłe i ważkie. Różniło nas jednak zawsze podejście, w Twoim przypadku PRAGMATYCZNE, a w moim – IDEALISTYCZNE, przy czym mój idealizm nie oznaczał jakiejś szlachetności, po prostu ciągnęło mnie ku ideałom, tak jak Ciebie ciągnęło ku „własno-realizacji”. W ogóle słowo „pragmatyzm” od dawna jest w moich ustach obelgą, epitetem.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości