Jan Herman Jan Herman
424
BLOG

Samopowielanie a reprodukcja wsobna

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 0

 

O tym, jak się robi od wewnątrz politykę, kaszankę czy środki masowego przekazu – nie mam zielonego pojęcia. Ale jako konsument wiem wiele, bo jestem smakoszem. Co z tego, że prowincjonalnym? 

Będzie o „przekaziorach”, zwanych pieszczotliwie mass-mediami. 

Pamiętam czasy, kiedy kupowało się gazetę albo czasopismo z trzech właściwie powodów: 

  • Obecność programu telewizyjnego, wiadomości sportowych, prognozy pogody i gołego biustu;
  • Szeptany lobbing sugerujący, że „pan wiesz, o czym oni piszą…”, zasłużona lub nie otoczka „przymrużenia oka”;
  • Nazwiska wiodących redaktorów, mających swoje rubryki, piszących bez redakcyjnej cenzury, za to mających kłopoty z cenzurą państwową;

Widzę też czasy zwane dzisiejszymi, w których nie liczy się nakład, a sprzedaż. Wbrew pozorom oznacza to wielką różnicę. 

Oto bowiem mamy listę około 30-40 dziennikarzy-celebrytów (i dwie setki pretendentów w ich cieniu), dobrze rozpoznawalnych z nazwiska, twarzy, a czasem „pióra”. Wykreowali się sami albo zostali wykreowani. Nie jako dziennikarze, tylko jako celebryci. Ich warsztat dziennikarski mógł i może mieć znaczenie, ale bardziej liczy się westchnienie czytelników, słuchaczy, oglądaczy: to on, choć, zobacz. 

„Przekaziory” są dla tych celebrytów swoistymi blogami: tworzą audycje, programy, działy gazet czy portale. Ich kariera raczej nie załamuje się, wędrują odpłatnie od redakcji do redakcji, zaprzeczając tezie, że redakcje mają jakiś ryt ideologiczno-polityczny. 

Na czym polega ich fachowość „dziennikarska”. Tu będzie cały akapit. Otóż ustala się w redakcji (tzw. wydawcy, redaktorzy prowadzący, odpowiedzialni) 2-3-5 tematów dnia i tygodnia. Ustala się też – uwaga: pod kątem „brania” u konsumentów, a nie pod kątem jakiejś opcji ideowo-politycznej czy broń boże prawdziwości – jakich 15-20 słów-wytrychów będzie każdy z tych tematów opisywać. A potem taki pakiet wychodzi z laboratorium wydawniczego do konsumenta. Fachowiec-celebryta zaprasza takich gości i tak ich „oporządza”, że oni sami wypowiedzą owe magiczne słowa. Jeśli próbują powiedzieć coś swojego – celebryta szybko go ustawia z powrotem na właściwej ścieżce. 

Najlepiej to widać w audycjach radio-tele o poranku (godzina 7-9) i pod wieczór (18-21).  Gość zaproszony pod pozorem opowiedzenia o swoich sukcesach intelektualnych, doświadcza niemal tańców na swoim mózgu, byle tylko powiedział co trzeba. Jak plecie – przerywa mu się po dwóch słowach i znów naprowadza. Widz i słuchacz myśli, że to chamstwo, gość myśli, że to wymogi audycji, ale w rzeczywistości chodzi o to, żeby to nie dziennikarz (ha, ha, dziennikarz), tylko gość wypowiedział sakramentalne słowa, przygotowane w wydawniczym laboratorium. 

W prasie drukowanej to wszystko jest wolniejsze, więc bardziej subtelne, chyba że to jakaś gadzinówka albo tabloid, na portalach dodatkowo jest technika „podpuszczania” blogerów i komentatorów. 

Kiedy już gość powiedział, czego oczekiwano odeń, nie jest potrzebny. Następnemu gościowi przytacza się „poglądy” poprzedniego gościa, każe mu się je skomentować oraz dodać coś „od siebie” – i cała kołomyja trwa w najlepsze. 

A lud roboczy wytrzeszcza oczy… 

A kolejki w mięsnym aż buzują… 

A biuraliści przeżywają, parząc herbatę… 

Nawet Goździkowa się dziwuje… 

A reklamodawcy wykładają na tacę grosz, który odbiją sobie w cenie badziewia, jakie nam opylą. 

No, fajnie, jeśli uda się „poglądy” redakcji wcisnąć komuś ważnemu, np. będącemu w dobrym obiegu politykowi. Ale najczęściej każdy celebryta ma swoją „prywatną ekipę” kolegów-dziennikarzy, naukowców zwanych ekspertami, oraz przedstawicieli szarego ludu. A jeszcze fajniej, jeśli pod tym kątem uda się „przyswoić” seriale i filmy i wysokoobcasowe „felietony dla rasy wyższej”.

Ten proceder trwa na okrągło, przerywany jakimiś rzeczywistymi ważnymi newsami, które zresztą natychmiast wpasowuje się w opisaną maszynkę i eksploatuje „do spodu”, aż pojawi się kolejny news. 

Fachowiec-celebryta tak długo będzie w cenie (dosłownie, licząc w tantiemach i obsadzanych programach oraz pismach), jak długo będzie innych dziennikarzy przerastał w sztuce przerabiania gości na mielonkę wydawniczą. Kiedy mu spadnie forma – są pretendenci. 

Uwaga: są też dziennikarze-autorytety (takie bez ściemy) – ale ich można policzyć na palcach jednej ręki w gronie obecnym co dzień w naszym polu widzenia. Tych się nie cenzuruje, ale też nie w każdej redakcji wpada się na pomysł powierzenia im audycji czy rubryki. Podobnie z najpoczytniejszymi blogerami. 

Cała reszta wszelkich redakcji to „produkcyjniak”, jak za najlepszych PRL-owskich czasów: ekipy reporterskie czy obsługa programów i obsługa techniczna – mają co dzień konkretne zadania skrojone pod ów pakiet opracowany w laboratorium wydawniczym. 

Dziennikarstwo zatem – w swej masie – jest dziś taką samą profesją, jak kucharzenie czy rysowanie portretów na Starówce albo opracowywanie folderów promujących coś, czego nie da się wypromować bez ściemy: ważne, by konsument dał jak najwięcej, jakość liczy się tylko w najlepszych punktach gastronomicznych, ale za nią płaci się odrębnie. 

Nasz zaś Obywatelstwo, Samorządność i czego tam jeszcze pragniemy – najlepiej niech się zdrzemną, żeby nie przeszkadzały. 

Najbardziej mnie śmieszy, kiedy upierdliwi dziennikarze rugają opornych gości, że przecież opinia publiczna ma prawo wiedzieć, więc niech gada, ino szybciej i na temat. Udają w ten sposób, że realizują szlachetną misję informacyjną, jakby świat „przekaziorów” był taki sam jak sto i dwieście lat temu. Niektórzy zresztą dziennikarze – ci kariery raczej nie zrobią – tak właśnie siebie traktują, co kończy się wywaleniem ich z powiatowego pisemka albo procesem sądowym. 

Media – to czwarta władza. Obok polityków wymuszających podatki, obok geszeftu wciskającego nam kit za konkretne pieniądze, obok kościoła zbawiającego nas, czy chcemy czy nie chcemy.

 

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka