Jan Herman Jan Herman
389
BLOG

Władza, władzunia, władzuchna

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 2

Demokracji mamy wszędzie pełno, a zwłaszcza w Konstytucji. Za mojej młodości wszędzie pełno było socjalizmu, a zwłaszcza w „słusznych postawach ideowo-politycznych”, które to postawy oceniali „najsłuszniejsi” sekretarze. 

Jako harcerz i potem aktywista akademickiego ruchu naukowego balansowałem na krawędzi: niby aktywność społecznikowska w porządku (nawet nad-aktywność), ale harcerze to lubią brykać po swojemu i uwielbiają podchody, a ruch kół naukowych to ruch w gruncie rzeczy wolnomyślicielski, nie wiadomo co się w tych głowach zalęgnie. 

Rację miała nieufna władza, bo choć nie miałem z nią „kombatanckich” problemów, to jednak jako przywódca szczepu HDOW Kormoran w Lęborku współ-postawiłem się w 1973 roku władzy, która chciała nam – Harcerskim Drużynom Obrony Wybrzeża – narzucić formułę Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej, a jako przywódca Ogólnopolskiej Rady Nauk Społecznych wprowadziłem do obiegu pojęcie „socjalizmu domniemanego” (a powszechne było nazywanie tego socjalizmu „realnym”). 

Ostrożnie z komentarzami: nie walczyłem wtedy z ustrojem, miałem jedynie do niego stosunek pszenno-ludowy, nazywałem sprawy tak, jak je widziałem i robiłem to, co słuszne samo z siebie, a nie na mocy „zadekretowania”. 

Ci, którzy naonczas mieli do ustroju stosunek bogo-ojczyźniany, zrobili kariery, mnie zostawiając na bocznicy. Niech im będzie. Tyle że teraz mamy Demokrację, a ja znów mam do niej stosunek niewłaściwy, pszenno-ludowy, a tamci budowniczowie Polski Ludowej i wyznawcy jedynie słusznych idei – dziś znów są na wierzchu. 

Kobyła Historii rży, aż echo niesie… 

 

*             *             *

Mam oto czelność twierdzić, że z Demokracją jest jak z urodą: nie maska, nie tatuaż, nie puder, nie dezodorant – tylko wewnętrzne piękno o niej świadczy. 

Bardziej dosłownie brzmi to tak: im więcej ciągotek do władzy, tym dalej od Demokracji. W rodzinie, we wsi, na osiedlu, w radzie gminy czy powiatu, w zakładzie pracy, w rządzie „centralnym”, a nawet w relacjach urząd-obywatel i służby-obywatel. 

Za młodu szydziłem z pojęcia „socjalistyczny podział pracy”, przedrzeźniając: jedni robią jak się patrzy, inni patrzą jak się robi. Z Demokracji , tej zaludniającej moją Ojczyznę, można zaszydzić jeszcze wredniej: nie zarządy, a rządy. 

W nowoczesnych (współczesnych), rozbudowanych społecznościach, wielce różnorodnych co do zainteresowań i zapatrywań, sposobów życia i zarabiania, form samoorganizowania się – dość łatwo ulega się pokusie, aby rywalizację i konkurencję oraz szermierkę na racje zastąpić pozycjonowaniem, walką o władzę, dzięki której „ogradza” się swoje mikro-monopole, mezo-monopole i giga-monopole. 

U każdego z nas „przysiada” nasza obywatelskość, kiedy stykamy się z policją, urzędem, przełożonym w pracy, uczelni, szkole, ze strażą miejską, sądem, teściową, wójtem, burmistrzem, ministrem, posłem, radnym, pocztą, spółdzielnią mieszkaniową, firmą telekomunikacyjną, panienką w banku. W relacjach między nami „myszkuje” władza, władzuchna, władzunia, czasem podstępnie i chytrze (kiedy wewnętrzne instrukcje każą szczerzyć zęby w uśmiechu), czasem brutalnie i bezczelnie (kiedy w kompetencjach leży „kierowanie”, a nie daj boże „użycie przymusu bezpośredniego” albo „podejmowanie decyzji publicznych”. 

Za nic nie chcą pojąć nasi wielce-ważni interlokutorzy, jaka jest różnica między Rolą publiczną a Pozycją publiczną, między Funkcją a Stanowiskiem. 

Jeśli w sercu, duszy, sumieniu i umyśle zagnieździła się nam Demokracja – to rozumiemy, że mamy taką a nie inną Rolę społeczną, że powierzono nam Funkcję służebna wobec ludzi. Kiedy jednak jest na odwrót, a w nas samych występuje chroniczny niedostatek demokratyzmu – to zwracamy się do ludzi „personel”, „petent”, „szarańcza”, „bydło”, „elektorat”, „masy” – i jakoś tak podobnie. Nasz stosunek do ludzi jakoś tak przenika pogardą, a siebie zaczynamy widzieć coraz wyraźniej jako namaszczonych. 

Moja poprzednia notka („Hodowcy długów”, patrz: tutaj), zrobiła furorę na portalach społecznościowych, a obrazuje tylko drobny wycinek nie-demokratycznej rzeczywistości, nieformalny spisek wierzycieli, firm windykacyjnych, sądów i komorników przeciw mikro-dłużnikowi, obywatelowi, którego trzeba „oporządzić”, nie dać mu szans na obronę, zastraszyć, oskubać – a teraz niech się – ogolony – odwołuje. W tamtej notce nie zahaczałem o fenomen władzy, żeby nie mącić obrazu, ale w gruncie rzeczy o to chodzi: wierzyciel, windykator, sędzia czy komornik bardziej kierują się swoim wyobrażeniem o władzy wobec mikro-dłużnika (nie cwaniaka-oszusta, tylko kogoś, kto się życiowo poślizgnął), niż o swojej służbie społecznej. Mikrodług staje się nie obrazem stosunków ekonomicznych, tylko kapitałem, który w majestacie swojej władzy mogą oni pomnożyć dziesięciokrotnie i coś, co było ziarnkiem piasku, rzucić na dłużnika niby ciężka cegłę. 

Komentatorzy tego tekstu (a byli nie tylko życzliwi, ale też tacy, którzy o mikro-dłużniku powiadają „dobrze mu tak”) – sami z siebie podali wiele przykładów (patrz: Salon24) na to, jak w drobnej sprawie, pod byle pretekstem, funkcjonariusze, urzędnicy, przedstawiciele służb – zamieniają się w bezwzględnych władców, panów losu, którymi kieruje zysk, bezmyślna zemsta na obywatelu za to, że żyje, arogancki i dość swobodny stosunek do prawa, procedur, przepisów, paragrafów. W tym zamieszaniu ginie Człowiek i jego Prawa. Przysiada jego Obywatelskość. 

Kiedy pożyczamy komuś drobną sumę, świadczymy komuś pomoc, upoważnieni jesteśmy do kierowania czy zarządzania – jakże łatwo dajemy się skusić na to, by zamiast trudnej sztuki obcowania z Człowiekiem sięgnąć po łatwą sztukę sprawowania Władzy, odbierania Człowiekowi jego Człowieczeństwa, by się słuchał, a nie dyskutował! 

A kiedy już nasza Obywatelskość przycupnie drżąca gdzieś z boku – władza, władzunia, władzuchna rozpleni się po wszelkich zakamarkach, aż przeniknie całe Państwo, a owo Państwo włazi – niepytane – we wszystkie nasze zakamarki, nawet tam, gdzie z państwowości nie pozostaje nic oprócz okrucieństwa, gołego przymusu i przemocy, arogancji, cynizmu, bezczelności, pogardy dla człowieka. 

I wtedy już mamy Demokratyczne Państwo Prawa. 

Nie wolno nam przycupywać!

 

 

 
Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka