Jan Herman Jan Herman
184
BLOG

Wybory, państwo, konstytucja, ordynacja, samorząd

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 0

 

Należę do tych, którzy – w konkretnych warunkach, panujących w Polsce na początku XXI wieku – posądzają Państwo o „wrogie przejmowanie” Samorządu.

 

Podefiniujmy:

1.      Samorząd we wszelkich prawnych czy naukowych wyobrażeniach oznacza „wszystkich objętych”, a w wyobrażeniach potocznych oznacza „organ administrujący”: w każdym razie idea samorządności jest osadzona w kategoriach obywatelstwa, oddolnej podmiotowości, samoorganizacji lokalnej lub problemowej, suwerenności lokalnej i grupowej-wspólnotowej, pospolitego ruszenia, alertu dla jakiejś sprawy, public-collection (zbiórki społecznej w jakiejś intencji);

2.      Państwo we wszelkich wyobrażeniach prawnych czy naukowych oznacza „nad-organizację zarządzającą” Krajem i Ludnością, wyposażoną w nadzwyczajne, ekskluzywne prerogatywy, zaś w wyobrażeniach potocznych oznacza wszelką „władzę” typu policyjnego i administracyjnego: w tym kontekście Państwo jest w pełni skuteczne, jeśli ma silną legitymizację społeczną, niezależnie od „demokratyczności” samego ustroju, jaki reguluje nawę państwową;

 

Zatem źródłem i zarazem polem ewentualnej przeciwstawności Państwa i Samorządu jest ustawiczna między nimi przepychanka o „prawa” do zagospodarowania ludzkiej podmiotowości.

 

Ktokolwiek doświadczył własnej aktywności publicznej – rozumie, że tzw. walne zgromadzenie jest instytucją nieco naciąganą i polem do wszelkich wyobrażalnych nadużyć politycznych. Można walnie zgromadzać – najlepiej nie codziennie – osób kilkadziesiąt. Więcej – to oznacza zwykłe, techniczne problemy, choćby w zabieraniu głosu, wyrażaniu swojego zdania. Zatem wszelkie wielkie walne zgromadzenia są zaledwie atrapami samorządności, bowiem są w typowy „stadny” sposób zawłaszczane przez liderów pogrupowanych w rywalizujące (jawnie, skrycie) drużyny. Tym bardziej dotyczy to okresów pomiędzy walnymi zebraniami, kiedy rozmaite egzekutywy – wybieralne lub samozwańcze – zagospodarowują przestrzeń ludową wedle swoich wyobrażeń, poza jakąkolwiek rzeczywistą kontrolą.

 

Państwo – w swej istocie – gwarantując sobie prerogatywami „dożywotniość i wyłączność” zarządzania Krajem i Ludnością” – zabiega o legitymizację samorządową, choćby poprzez instytucje głosowania powszechnego zwaną wyborami. Ale jednocześnie robi wszystko, nie tylko aby funkcjonariusze i urzędnicy państwowi nic nie mieli wspólnego z samorządnością (charakterystyczny zapis art. 104 polskiej Konstytucji, iż posłowie nie są związani instrukcjami wyborców), ale też aby aktyw różnorodnych samorządów (terytorialnych, zawodowych, środowiskowych, społecznikowskich) podporządkować regulacjom państwowym.

 

Wszelkie więc gospodarskie inklinacje samorządowe – z tą poprawką, że zamiast walnych zebrań i tak codzienność samorządów jest zawłaszczana przez egzekutywy i koterie – są w sposób jednoznaczny i ostateczny podporządkowane zarządowi państwowemu, w tym sensie nawet najlepszy samorządowy gospodarz tyle może, na ile pozwoli mu Państwo.

 

Piszę o tym wszystkim mając w głowie szum informacyjny związany z wyborami parlamentarnymi: jednomandatowe okręgi wyborcze, głosowanie przez pośredników, odpartyjnienie samorządów, marketing polityczny, „niezależny” trybunał nie wiedzący co z tym począć.

 

Nikt z orłów wyborczych, nawet samorządowiec Dutkiewicz, organizujący już drugą „wyprawę na Senat”, nie pozostawia wątpliwości: samorząd to część Państwa. Słusznie, ale tylko w tym sensie, że od czasu Solidarności i jej Rzeczpospolitej Samorządnej Polska wykonała wielki łuk: Polska okazała się państwowa, a nie samorządna, i to aż do granic soft-totalitaryzmu: dziś metody „na Łukaszenkę” są „fe”, lepsze są metody na podatek, opłatę, wymiar „sprawiedliwości”, pracodawcę, oszusta-naganiacza. Skuteczniej i łatwiej w ten sposób ciemięży się szaraka, a ten nawet nie ma komu się poskarżyć, bo „sam sobie winien”.

 

No, skutecznie z nas post-solidarnościowi egzorcyści przepędzili ducha samorządności i obywatelstwa. No, to możemy sobie pogłosować!

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka