84 obserwujących
2362 notki
1247k odsłon
309 odsłon

Analiza pobieżna polskiej ludowości i robotniczości. AD 2019, koniec lata, wczesna jesień.

Wykop Skomentuj2

Poniżej będę rozmawiał o sprawach, które przez „nowoczesny elektorat” zostały odesłane do archiwum wdzięcznej niepamięci i zastąpione luźnymi „wrzutkami” o charakterze doraźno-sezonowo-politycznym. Obie sprawy – ludowa i robotnicza – tkwią w nas głęboko co najmniej od czasów powstania styczniowego – i zaczyna nam wystarczać, że tkwią, na tym poprzestajemy, przechodząc do bieżączki, do walki wszystkich ze wszystkimi o wszystko. 

Tym samym popadamy w nieistnienie. Ani ludowości, ani robotniczości nie jest w stanie zastąpić żaden nowy fenomen kulturowo-cywilizacyjny, zwłaszcza żaden importowany z Zachodu – ten bowiem dawno już oderwał się od swych założeń helleńsko-chrześcijańskich.

Będę się ograniczał do opowieści o moim ojczystym kraju, choć niektóre uwagi będą bardziej uniwersalne.

Według Słownika Języka Polskiego „pogląd” – to wyobrażenie na jakiś temat, sąd o czymś, opinia. Na roboczo tak rozumiany pogląd podzielę na dwa rodzaje:

1. Pogląd „z parkietu” – autor, wyznawca poglądu sprawy poddawane jego opinii uważa za swoje żywotne, więc jego pogląd jest zarazem „głosem w sprawie”;

2. Pogląd „z grzędy” – autor, wyznawca poglądu nie wiąże tematu ze swoim losem-interesem, więc „opiera na nim oko” w roli obserwatora, czasem kibica co najwyżej;

W obu przypadkach – to już uwaga biorąca pod uwagę np. lekturę Rogera R. Hocka pracę akademicką pt. „Forty Studies That Changed Psychology: Explorations Into the History of Psychological Research” – poglądy indywidualne są kształtowane nie tyle samodzielnie, ile w kontekście „przynależności grupowej-środowiskowej” to oznacza, że nawet w sprawie „czy dziś jest ładna pogoda” wolimy rozejrzeć się po współobecnych, i dopiero wtedy się wypowiedzieć.

Dziś, pośrodku kaskady „wyborczej” 2015-2020, przeciętny mieszkaniec Polski obserwuje około 100 tematów różnej wagi znaczeniowej, w których ma swój aktywny pogląd lub jest o ten pogląd indagowany. Wśród tej „setki” jest rząd, poszczególne partie, wydarzenia „medialne”, największe mocarstwa globalne, najbliższe kraje sąsiedzkie, najpopularniejsi celebryci i politycy, najpopularniejsze audycje medialne, niekoniecznie prasowe, sprawy kościelne i wyznaniowe, najbardziej „chodliwe” medialnie zagadnienia społeczne (manifestacje, patologie, afery-skandale, kataklizmy, akcje filantropijne, kwestie zatrudnienia, niedostatku, nierówności). Zaledwie 10-15 z nich – to sprawy „życiowe”, w których dysponujemy poglądem „z parkietu”, pozostałe oceniamy „z grzędy”.

Możnaby oczekiwać, że skoro w jakiejś „parkietowej” sprawie dzieje się (nam) źle, dzieje się krzywda, kwitnie patologia – to zainteresowani zareagują czynnie. Otóż nic podobnego. Lemingizacja postaw nawet w żywotnych sprawach może być wyjaśniana upadkiem ducha obywatelskiego: we własnej sprawie nie reagujemy, no, no…

W sprawach „grzędowych” najczęściej mowa jest o hipokryzji: oddajemy się łatwym i tanim reakcjom, i to stadnym, natomiast interwencja jest praktycznie nieistniejąca. To można tłumaczyć brakiem wyobraźni, łże-wrażliwością… nie wiem.

Tak czy owak niepokoi dość powszechna postawa w stylu „no i co w związku z tym”.

* * *

Ludowość i robotniczość mają wiele cech wspólnych, są bowiem dwiema twarzami polskiej „oddolności”: twarz ludowa to twarz gospodarska i zarazem plebejska-chłopska, twarz robotnicza to twarz wytwórcy i zarazem związkowca. O różnicach między ludowcem i robotnikiem będzie kilka akapitów w dalszej części, teraz jednak zacząć wypada od przywrócenia do łask słowa PROLETARIUSZ.

Zwykło się rozumieć to słowo jako synonim biednego, uciskanego i wyciskanego cierpiętnika (na wsi parobka-wyrobnika, co jakiś czas zwracającego się przeciw gospodarzom, w mieście – niewykwalifikowanego fabrycznego pomocnika specjalistów, który od czasu do czasu „podskakuje” przedsiębiorcom.

Moje myślenie o proletariacie – nieustanne od lat roześmianych – przypieczętowane zostało lekturą encykliki „Laborem exercens”, opublikowanej we wrześniu 1981 roku, w szczycie festiwalu pierwszej Solidarności, już po zamachu na autora, Karola Wojtyłę, najwyższego z dostojników kościelnych, na kilka miesięcy przed mrokiem stanu wojennego. Byłem wtedy – po raz wtóry – studentem prestiżowej Szkoły Głównej, miałem pierwsze doświadczenia dorosłości (ogrodniczo-chłopskiej, robociarskiej, żołnierskiej) – i niezwykłe parcie na sprawy społeczne, z ambicjami „działaczowskimi”. Społeczna nauka Kościoła zawarta w encyklikach – w moim ówczesnym odczuciu przesadnie kaznodziejska – docierała do mnie w sedno, choć byłem „aktywistą postępu”, łapczywie czytającym wypełzające na światło dzienne „bezdebity”.

Właściwe, historycznie pierwotne, łacińskie znaczenie słowa „proletariat” odnosi się do prokreacyjnej funkcji plebsu: w ówczesnych wyobrażeniach elit stanowił on żywioł dostarczający światu wciąż nowe potomstwo, żywioł niezdolny do przedsiębiorczości, z przypisaną przez Los i Opatrzność rolą biernego, powolnego sługi „wybrańców, obdarzonych łaska przedsiębiorczości. Wspomniana encyklika (tłumaczę ją sobie jako „Ćwiczenia z trudu”) wdrukowała mi nowocześniejsze znaczenie tego słowa: masy pracujące, gotowe do pożytecznych działań zbiorowych.

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo