10 obserwujących
87 notek
84k odsłony
  747   0

Choć burza huczy wokół nas

Piorunka nad Koniną, Piorunowiec nad Ochotnicą - dwa wybrzuszenia gorczańskiego górotworu kryją w nazwie niebezpieczeństwo związane od dawna z górami. Zwłaszcza takimi, gdzie na wierchu hala, połonina czy naga skała. Burza w górach jest w stanie pojawić się nagle, właściwie znikąd, z przysłowiowego jasnego nieba. Łatwiej czasem zaobserwować jej zapowiedź na ziemi, gdzie listki porastających łąki dziewięćsiłów zwijają się nad kwiatem przed nadejściem załamania pogody (dzięki uprzejmości pewnego motorniczego z moich szkolnych lat w braku dziewięćsiłów mam inną niezawodną metodę przewidywania burz na tzw. prawą rękę). A jak się pojawi, nie ma co się zastanawiać, pozostaje tylko uciekać w dół. Pamiętam ucieczkę do Górnych Ustrzyk z samego czubka Caryńskiej Połoniny, ostatkiem tchu wpadliśmy do lasu z pierwszym gromem i kroplami deszczu. Festiwal burz nad Górami Stołowymi, gdy nadeszły pod wieczór jak posępne armie z trzech stron świata, łącząc się w potężne, budzące grozę widowisko. Zejście w trybie pilnym stokami Czerwonych Wierchów by znaleźć przystanek przed oberwaniem chmury pod wiatą w ustronnej Dolinie za Bramką. Burzowe Pilsko widziane z amfiteatru Hali Trzebuńskiej na Jałowcu. Zbieganie stromym skłonem Turbaczyka, ostrożne tam, gdzie rosły trawy (i rzeczywiście żmija na ścieżce się napatoczyła). Ciśnięcie w dół Kościeliską Doliną i potem nieudaną próbę wymknięcia się samochodem poza obszar gniewu natury, która dopadła nas hen pod Nowym Targiem i zmusiła do postoju. Ale i beztroska burza pod świerkiem na grzbiecie Jagodnej. I można by dalej wymieniać. Przy czym dreszczyk obok deszczyku w każdej sytuacji z burzą w tle jest zrozumiały i usprawiedliwiony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Załamanie pogody nad Karkonoszami - widok ze Skalnika

Z burzą czasem tak jest, że, na przekór wszystkim znakom na niebie i ziemi, nie uderzy. I nie zawsze też na najwyższy punkt pójdzie. Górale to wiedzą i zachowują stoicki spokój. W ostatnią Wielkanoc, gdy cały widnokrąg od Orawy przez Babią Górę po Gorce stanowił jednolitą bryłę ołowiu, a pomruki gromów dochodziły coraz bliżej, na Gubałówce trwało w najlepsze święto - kramiki, handel, ale i modlitwa pod gołym niebem przy miejscowej kapliczce. I może dzięki tej modlitwie pogoda tym razem wytrzymała. Choć jak mawiają i w Giewont uderzą gromy, mimo że krzyż poświęcony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Burza nadciąga nad Tatry

Najsłynniejszą bowiem bodaj górą piorunową Polski jest Giewont, gdzie wbity na ponad 2 metry w trzewia wapiennej skały krzyż sterczy od 110 lat w niebo, na samotnej, izolowanej tatrzańskiej ostrodze. Niby niewysokiej, bo niecałe 1900 m n.p.m. mającej, ale jak wyniosłej - widać to doskonale z doliny Strążyskiej, nad którą wznosi się 1000-metrowa niemal biała ściana, widać z Boczani nad Kuźnicami, skąd szczyt Giewontu przypomina raczej alpejski Matterhorn niż znanego "śpiącego rycerza". Jak oceniono podczas remontu krzyża w roku 2009 w jego konstrukcję uderzyło od chwili postawienia na Giewoncie kilkadziesiąt tysięcy piorunów. Były wśród tych kilkudziesięciu tysięcy oczywiście liczne wypadki kiedy na górze podczas uderzenia pioruna znajdowali się turyści, a nawet mieszkańcy Zakopanego. Zwłaszcza w okresie przedwojennym kiedy ścieżka na Giewont przypominała jeszcze bardziej, niż ma to miejsce obecnie w sezonie, tłoczne Krupówki. Działała wysoko na szlaku mała gastronomia, przygrywali ludowi grajkowie. Nie inaczej było w upalne święto Matki Boskiej Zielnej, 15 sierpnia 1937 roku. Piorun uderzył wówczas w sam krzyż, przynosząc cztery śmiertelne ofiary, trzynaście osób odniosło rany. Śmierć poniósł m.in. Kazimierz Bania, który wchodził na Giewont z tacą pełną ciastek i sprzedawał je górze, a także kobziarz Jan Mróz raczący turystów swoją muzyką oraz doktor Erwin Schlonvogt. Tego ostatniego uderzenie pioruna odrzuciło na odległość 50 metrów na południe od wierzchołka, zaś dwa ciała uległy całkowitemu zwęgleniu. Ponad sto osób odniosło obrażenia w wyniku paniki jaka nastąpiła w wyniku burzy - ludzie zbiegali jak najdalej od krzyża, ukrywali się w żlebach i skalnych rozpadlinach. Ratownicy przybyli na miejsce tragedii poszukiwali ich następnie aż do późnej nocy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Giewont z Boczani

Zresztą dzień 15 sierpnia w Tatrach szczególnie upodobały sobie pioruny. Dwa lata później, 15 sierpnia 1939 roku na Świnicy podczas niespodzianej burzy, która zachwiała dobrą wcześniej pogodą, zginęło 6 osób. Ponownie letni dzień świąteczny zebrał na szczycie kilkadziesiąt osób. Odgłos gromu spowodował lawinę kamienną i ponownie panikę wśród ludzi. Poza ofiarami śmiertelnymi rany odniosło kilkanaście osób. Po II wojnie światowej na Giewoncie notowano kolejne porażenia, nie inaczej jest i obecnie. W sierpniu 2001 r. na stulecie poświęcenia krzyża na Giewoncie na szczycie miały odbyć się okolicznościowe obchody. Rozpętała się burza, której towarzyszyły opady deszczu, a nawet gradu (taki grad sam miałem okazję spotkać na Kościelcu - nic miłego). Ścieżki zmieniły się w błoto, a pątnicy mający uczestniczyć w nabożeństwie z ledwością dotarli w dół na Kondratową. W lipcu 2004 r. błyskawice uderzające w Wielki Giewont poraziły trzech turystów. Czwarty uciekł na oślep w dół, doznając podrapań i potłuczeń. Gromy z jasnego nieba ściągają też sztuczne ułatwienia dla turystów wprawione w wapienną skałę - we wrześniu 2009 r. dwóch turystów - mężczyzna i kobieta zostało porażonych na służących do asekuracji łańuchach. Mężczyzna nie przeżył. Ponadto, w skałach wierzchołka tkwią stalowe kotwy zabezpieczające kruchy wapień przed pękaniem. To kolejny cel dla błyskawic w drodze ku ziemi. Ostatni wypadek porażenia piorunem na Giewoncie miał miejsce w lecie ubiegłego roku. Nomen omen, 15 sierpnia. Pełnia sezonu wycieczkowego i burzowego 2011 jeszcze przed nami. A już w ubiegłym tygodniumieliśmy tragedię w podżywieckiej Lipowej, pod samym Skrzycznem, gdzie piorun przyniósł śmierć dwóm osobom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Giewont z Antałówki (jeszcze pogodny)

I jeszcze na koniec słów parę o głównym sudeckim "piorunowcu", którym dzięki swojemu eksponowanemu położeniu jest podwrocławska Ślęża, skutecznie ściągająca z promienia kilkudziesięciu kilometrów większość niepogód, w czym pomaga jej niemal stumetrowy maszt telewizyjny. Jak to się mówi, gdy Ślęża robi się niebieska, warto poszukać schronienia przed ulewą. I to właśnie pod Ślężą spotkało mnie najbliższe spotkanie z piorunem, który zadał cios w sam środek ślężańskiego lasu, już u stóp góry, tuż obok ścieżki, wydawałoby się bezpiecznej. W takich chwilach człowiek z jednej strony zastanawia się czy warto chodzić po górach, z drugiej zaś przychodzi refleksja, że nie ma reguły, że bardziej niebezpiecznie niż na samych grzbietach bywa u ich spokojnego pozornie podnóża.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chmury burzowe nad Krzyżną Górą (Rudawy Janowickie)

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości