10 obserwujących
87 notek
84k odsłony
  284   0

Sen

Zstąpiłem w nocne miasto utrapienia. Czyli po ludzku zwyczajnie zasnąłem i, już mniej zwyczajnie, obudziłem się we śnie. Obudziłem, rozejrzałem, ale nie mogłem rozeznać. Z początku nie było niczego, jak obiecywał prorok, co nadchodzący po nim wypełnia. Oprócz stadionów i płatnych autostrad.  Zapłaciłem.

Przy bramce nie miałem zawczasu nadziei, to i porzucać nie było czego. Zostawiłem za to za sobą bagaż innych przypadłości codziennych, których do snu się nie wnosi.  - Bo nie wpuszczą - odezwała się istota, w której po czerwonym swetrze poznałem przewodnika. Nosiła głupawą czapkę z rogami renifera. - Jakże tak się onirycznie złościć, na przykład? - strzeliła figurą retoryczną.

Zaś ponieważ umysł we śnie podświadomie - półświadomie działa jak wszystkie -pedie tego świata razem wzięte, mimo trudnego wyrazu, zwrotu zrozumiałem. Wtedy on, ona albo ono, choć raczej on, bo z facetem w głupiej czapce lepiej się rozmawia niż z kobietą w czapce takiejż (wybierając mniejsze zło oczywiście), skinął. I poprowadził. Szliśmy przez kraj wypalony, znajomy tak jakoś i obcy zarazem. Mam wrażenie szliśmy w kółko, cztery podejścia robiąc, a może to było jedno podejście, przerywane. W każdym razie, gdy odejść chciałem, coś mnie powstrzymywało. Krajobraz wokół się zmieniał. Był jeszcze bardziej dotknięty pożogą i ciemny. Zaległy cienie. Potem z cieni wyrosły postacie, początkowo szare, nieznaczące, z tłem zlane. Postacie, obrazy, coraz wyraźniejsze. Panoptikum w pandemonium.

- Jesteśmy - rzekł mój cicerone, nie otwierając ust i rozjarzył widnokrąg szeroką łuną tak jak zapala się palnik gazowy. - Patrz i zobacz.

Patrzyłem. Poniżej naszej ścieżki, czarnym kamieniem brukowanej coś się miarowo ruszało. Pewna krytyczka literacka w mętnej toni wewnętrznego ognia lawy prała niedotarte skarpetki numer 40 i 4.

- Frote - wyjaśnił rzeczowo przewodnik.

Opodal, niewiasta w słusznym wieku darła, z nieukrywaną agresją i przemocą, pękaty wolumen. Jednak kartki, które udało jej się wydrzeć i rozetrzeć w strzępy odrastały momentalnie na nowo.

- Tu mamy sekcję etyków i filozofów - tłumaczył przewodnik. - Realizują w praktyce swoje koncepcje i ochoty z dawnych lat. Przynajmniej próbują. Ale to mniej ważny odcinek.

Powiódł mnie w głąb nierealnej scenerii. Na azbestowej scenie wśród morza płomieni głośna osobowość medialna nurzana była w nadnaturalnych rozmiarów imitacji psich ekstrementów.  Krzyczała.

- Dla celów edukacyjnych. Chcemy zwrócić uwagę na problem guana w ogólności. Proszę się nie obawiać, on lubi być w centrum uwagi.

- Uuuuuuuuuuuu... - ryczała posadzona na odwróconych kotłach widownia, tupiąc nóżkami, zanurzonymi po kostki w smole. Oparty o kulisy wykidajło obrócił widły. - Eeeeeeee... - zmieniała ton publiczność.

- Oni się ciężko uczą. - poskarżył się mój gospodarz. - To trwa i trwa, i nie potrafią przestać. Jak w waszych kwarcowych zegarkach. Nakręć i już się nie zatrzyma.

- No chyba, że bateria padnie - ośmieliłem się stwierdzić po raz pierwszy i ostatni.

Poszliśmy dalej. Na niewielkiej wysepce przebywał samotny, zapomniany przez otaczające towarzystwo osobnik o zmierzwionych dziko włosach i kontrastujących z nimi wyraźnie nobliwych binoklach. Siedział przed rzędem znudzonych kapucynek, stukając je po głowach szpicrutką z żelowatego różu. - Liczy małpki - wyjawił oczywistą oczywistość przewodnik. - Tylko to mu pozostało.

W dali, na niezbyt widocznym od bijącego żaru polu, kobieta z grupką mężczyzn przekopywała na wpół stwardniałą lawę w głąb, w poszukiwaniu czegoś dawno straconego.

- Artur Boruc bardzo, Artur Boruc bardzo - śpiewał monotonnie chór wiodących publicystów, usiłując skierować wiosłową łódkę pod prąd nurtu magmy. - Głusi oni i zawodzą, tak jak kiedyś zawodzili. "Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem" - nie dla nich. Mięśnie im zanikły - dorzucił mój prowadzący, obserwując wysiłki wioślarzy. - Artur Boruc bardzo - jęczeli publicyści.

Na boku upadły artysta z dawnych lat obrośnięty w tłuszcz patrzył się smętnie na zwis minionej dumy. - Ten oto mienił się specjalistą od tropienia ponurych części ciała. Teraz ma szansę doświadczyć jak takowa wygląda.

Groblą nad kanałami pełnymi samobójców strzelających sobie salwami w tył głowy doszliśmy do łukowatego muru ciągnącego się po obu stronach, hen po widnokrąg. W murze ciemniał otwór bramy. Zza uchylonych jej odrzwi dochodził odór drogiego alkoholu, czy może perfum o nucie bazowej alkoholu, zwielokrotniony do granic możliwości. Obwód drzwi oplatał pożerający własny ogon uroboros.

- To sala ludzi honoru. Nikt z tutejszego plebsu nie ma tam dostępu. Przynajmniej poniżej stopnia generała lub równorzędnego w hierarchii prasowej.

Obok bramy strzelający w stronę niewidocznego nieba komin otwierał w dolnej części czeluść paleniska. Trzaskający w nim ogień sypał przedziwne iskry w postaci papierowych, tlących się stron, które chwytał w locie człowieczek o obsuniętych na nos okularkach, pochłaniając wzrokiem płomienne litery.  - Rrękopisy nie płoną - mruczał w przebłysku oświecenia. -  Nie płoną!  I wpadał za uchylone drzwi, po to by zaraz wypaść z powrotem po kolejne stronice. I znów mruczeć.

I, gdy tak wsłuchiwałem się w to mruczenie, wznoszące się i opadające, wydało się mi całkiem znajome, bardzo znajome, po to by okazać wreszcie chrapaniem moim codziennym. I wtedy się obudziłem. Bez wyjaśnienia, bez zakończenia, bez puenty. Wstałem, wsadziłem głowę pod prysznic, a potem włączyłem telewizor.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale