Uniwersyteckie tablice ogłoszeń przyozdobiono jakiś czas temu intrygującymi plakatami. „Wszystkich którzy nie boją się przedsiębiorczości, zapraszamy do siebie!” – nawoływały afisze. W obliczu takiego apelu człowiek myślący (powiedzmy, dla przykładu, filozof) nieomal samoczynnie stawia sobie pytanie: dlaczego, u Kaduka, ktokolwiek miałby się bać przedsiębiorczości? Dobrze przecież – powiada się – być przedsiębiorczym! Do interesującej pracy z ludźmi przedsiębiorczych studentów przyjmę! Popatrz kochanie, do szkoły jeszcze nie chodzi, a już taki przedsiębiorczy! Czy też: przedsiębiorczy pozna panią – cel: wspólne przedsięwzięcie.
Postawione bezwładem czystego rozumu pytanie jest o tyle na miejscu, że pałowanie miłością przedsiębiorczości sięgnęło zenitu w czasie gdy światopogląd dzisiejszych studentów był w fazie kształtowania i cechował się wyjątkową chłonnością. W momencie gdy tempo gromadzenia bodźców przez umysły wczorajszych uczniów osiągało rozmiary szaleństwa, przedmiot nazwany Wiedzą o Przedsiębiorczości został włączony do zestawu zajęć obowiązujących jutrzejsze elity intelektualne. Dlaczego więc ktoś, kto wypił przedsiębiorczość z mlekiem nauczyciela miałby się jej bać? W niniejszym tekście postaram się dać na to pytanie odpowiedź.
Przedsięwzięcie licealne
Tak się nieszczęśliwie złożyło, że wyżej opisane zmiany programowe miały miejsce akurat wtedy, gdy mój rocznik otrzymał promocję do klasy IV, w której programie znajdowała się właśnie Wiedza o Przedsiębiorczości. Kosztem podrzucenia tego kukułczego jaja była redukcja liczby zajęć z Wiedzy o Społeczeństwie; pozwoliło to utrzymać umysłowe spustoszenie na dotychczasowym, już przyjętym do wiadomości, poziomie. Koszmarna idea poszerzenia istniejącego programu o dodatkowe zajęcia WOP nie znalazła, dzięki Bogu (Bogu?) zwolenników.
Przyjęte rozwiązanie miało jasną wymowę symboliczną. Po pierwsze, okazało się, że wiedza dotycząca konstrukcji biznes-planu dla punktu z wodą firmową pozwala na ignorancję w kwestii – na przykład – prawa unijnego. Coś musiało z planu wypaść, aby mogło doń dołączyć coś. Irracjonalny skok w przedsiębiorczość stał się więc ratunkiem przed taplaniem w strukturze gminy i w zakresie władzy sołtysa.
Po drugie, był to wzorcowy przypadek przelania z pustego w próżne. Treściowa przezroczystość osoby prowadzącej WOP i WOS była niespotykana – nauczyciel ocierał się o technikę skat, błądząc na granicy słowotwórstwa i sensobójstwa. Korekta na etykiecie produktu, zmieniająca „społeczeństwo” na „przedsiębiorczość” nie znajdowała nawet szczątkowego pokrycia w przebiegu zajęć.
Przeczucie, że za tymi przetasowaniami w obrębie doskonałego pustosłowia stał sztab rządowych i szkolnych fachowców oraz grube pieniądze, zawsze napawał nas – uczniów – lękiem. Magiczne zaklęcia wypowiadane przez prowadzącego w niezrozumiałym języku pogłębiały istniejące fobie. Rytuały przejścia napawały grozą. Co bardziej zabobonni i omamieni przez kler (zazwyczaj niewykształceni wieśniacy) ocierali się o oswajającą personalizację potężnych i irracjonalnych sił („Wiedzo tak postanowiło”).
Owoce rocznej edukacji były dorodne. Opary skrywające tajemnice przedsiębiorczości, rozumianej jako zjawisko społeczne i ekonomiczne zagęściły się. Jak miało być inaczej, kiedy to, moi państwo, w związku z tym, że na dzień dzisiejszy zaskakująca wiedza, w której posiadaniu jesteśmy za pośrednictwem osoby, państwo rozumiecie, co do której, jak sygnalizowałem, o jej istotności nie trzeba chyba w świetle tego historycznego zjawiska nikogo, kto dysponuje elementarną odpowiedzialnością cywilną – tak rzadką w naszych czasach cechą – przekonywać długo a może wcale – i tak dalej?
Jeśli zaś idzie o przedsiębiorczość rozumianą jako pewna cecha osobowa, niewątpliwie niektóre jej formy rozwijały się dzięki zajęciom WOP bardzo prężnie. Były to jednak formy tego rodzaju, których – mam nadzieję – nie będą praktykować moje dzieci. Mówiąc najoględniej uczniowie przedsiębrali wszelkie możliwe działania mogące ukoić dotkliwą nudę i pustość lekcji. A jakie to były działania, to jest temat na zupełnie inną rozmowę.
Trudno się dziwić, że hasło „przedsiębiorczość!” nie stała się dla mnie i moich przyjaciół materiałem na tatuaż lub towarzyskie pozdrowienie. Chłodny stosunek do tego pojęcia pozostaje jednak w widocznym napięciu z poglądem oficjalnym, zgodnie z którym, parafinując Sokratesa, nie o to w życiu idzie by żyć za wszelką cenę, lecz by żyć przedsiębiorczo.
Niestety materiał empiryczny potwierdza, iż – wbrew podstępnym ekwiwokacjom – w przedsiębiorczości nie siedzi żadne dobro samo. Imperatyw przedsiębiorczości dołączyć musi do jeżyka z jabłuszkiem na grzbiecie i zeza, który – przyklepany – pozostaje dziecku już na zawsze. Jest to figura z prymitywnej mitologii, którą można wykoleić choćby poprzez badania nad historią powiatu Gnieźnieńskiego. Tam to bowiem rezydowali przedsiębiorcy, nad których działalnością chciałbym się chwilę zatrzymać.
Szatańskie złomowisko
Małe społeczności i nadbudowane na nich światy są kapryśne, a okresy koniunktury – zdradliwie nieprzewidywalne. Stąd też sposoby pozyskiwania środków pozwalających na czynną rozpustę muszą być bardzo wyrafinowane. Kiedy więc pewnego słonecznego dnia los (los?) rzucił do internatu technikum rolniczego w T. automat do kawy, atmosfera natychmiast się zagęściła.
Około doby zajęło lokalnym przedsiębiorcom (10 – 16 lat) odnalezienie we własnych (…?) zbiorach numizmatycznych nominału, który byłby dla durnej machiny nieodróżnialny od nowej pięciozłotówki. Chciwiec i partacz dysponując fałszywką przystąpiłby do działania od razu, wypłaszając tym samym zwierzynę. Przedsiębiorcy natomiast cierpliwe czekali na kumulację i – gdy wyczuli odpowiedni moment – przystąpili do gorzkiego żartu z denominacji. Zgromadzone przez cały dzień monety zostały wybrane jako reszta z „pięciozłotówek”, którymi płacono za napoje. Sflaczały automat następnego dnia był nieczynny, a potem zniknął.
Nie można jednak budować prosperity na działaniach o tak krótkiej perspektywie, pomimo znacznych korzyści jakie ze sobą niosą. Bardziej regularną formą nabijania sakiewki był handel okrężny z miejscową składnicą złomu. Polegał on na tym iż, po pierwsze, przedmioty żadnego kalibru – czyli na tyle wartościowe, aby opłacało się je sprzedawać, ale nie na tyle wartościowe, aby opłacało się ich dobrze pilnować – dyskretnie podprowadzano. Następnie, te same przedmioty ponownie sprzedawano po niewielkiej przeróbce (obtłuczenie, odrobina farby). Procedura była bezpiecznie powtarzalna tyle razy, ilu akurat pracowało zmienników na złomie. Zakładano, że ten sam pracownik nie jest w stanie kupić tego samego przedmiotu więcej niż raz.
Zdobyte w ten sposób fundusze przeznaczano na dobra pierwszej potrzeby (woda ognista) oraz na cele reprezentacyjne. Przedsiębiorca poruszający się po regionie podwoziem od wózka dziecięcego uzdatnionym mechanizmem pochodzącym z motorynki to obraz, którego nie sposób wymazać z pamięci. Pojazd ten ciągnął za sobą opuszczone na asfalt brony, rufę natomiast zdobił blaszany lej, ziejący do czasu do czasu ogniem (saletra potasowa). Przelot tego potwornego wehikułu przez moją miejscowość był to jedyny raz, gdy uwierzyłem, iż diabli osobiście przyjechali w prapolskie okolice Gniezna, aby zabrać mnie do piekieł.
Nie wiem, czy wydarzenia powyższego typu są na tyle powszechne, aby można było uznać je za traumę społeczną. Brak habilitacji z socjologii, związany z niechęcią do tytoniu, uniemożliwia mi zbudowanie rzetelnego kwestionariusza, oraz bardziej doniosłą teoretycznie refleksję nad zagadnieniem. Katedra Socjologii Infernalnej musi więc zaczekać jeszcze jakiś czas na swojego założyciela.
Wiem jednak, że nałożenie licealnych wspomnień i wizerunku opętańczej drezyny wystarcza, aby zrozumieć, iż pytanie o lęk przedsiębiorczości ma bardzo głęboki sens.
uściski,
megakot


Komentarze
Pokaż komentarze (4)