Z faktem, że Trybunał Stanu służy za straszydło można obejść się na wiele sposobów. Jeden sposób to zaprzeczanie, iż tak jest; drugi – przyjmowanie tego stanu rzeczy do wiadomości i dążenie do jego zmiany. Mnie jednak obydwa wyjścia wydają się niewłaściwie.
W pierwszym wypadku mamy do czynienia z odklejaniem się od rzeczywistości (ponieważ TS spełnia w istocie funkcję straszaka), zaś w drugim – z ignorowaniem źródeł rozpatrywanego zjawiska. Tymczasem istnieje trzeci, bardzo prosty wariant, oparty na idei, którą wyłożyłem gdzie indziej (http://megablog.salon24.pl/80372,index.html) – idei otwartego powrotu do magicznych podstaw życia wspólnotowego.
Zdejmijmy zatem z Trabanta Stanu obowiązek straszenia i piętnowania. Nie wylewajmy jednak dziecka z nocnikiem – to, że straszak jest źle umiejscowiony, nie znaczy, że należy go całkowicie zlikwidować! Wręcz przeciwnie – wnikliwa obserwacja polskiej sceny politycznej (?) wskazuje, że Polska potrzebuje straszaka, miażdżaka i wyklinacza. Instancja orzekająca zgniliznę moralno-społeczną jest nad Wisłą niezbędna. Pech chce, że odrębnego Instytutu Krajowego nie powołano, rola ta przypada zatem, spontanicznie, a to Trybunałowi Konstytucyjnemu, a to Komisjom Śledczym, itd.
Należy zatem jak najszybciej powołać, oczywiście odpartyjnione (?), Wielkie Łu, które za pośrednictwem Wojewódzkich Szamanów będzie odsądzać od czci i wiary. Oto siedzi sobie uśmiechnięty UPR-owiec w studio (niech siedzi, bo narzekają, że nie siedzą, to niech raz mają). Rozmowa płynie, argumenty trafne, przeciwnicy gubią się w sprzecznościach. I wtem do studia wchodzi, obwieszony papierkami po Mieszance Krakowskiej p. o. Głównego Szamana Województwa Warmińsko-Pomorskiego, pan Rafał Klęba. Głosy cichną. Adwersarze UPR-owca patrzą po sobie niepewnie; wiedzą, że przyszła Kryska, nie wiedzą jednakowoż na kogo (poseł Jerzy Matysek nerwowo poprawia krawat).
Klęba łypie jednym okiem po kątach studia. W dłoni ściska zawiniątko. „Udziiigaa… Aga!” mówi niespodzianie, po czym szybko zbliża się do przedstawiciela UPR, potrząsa przed nim zawiniątkiem i łapie go palcem za ucho (a może nawet bije w szczepionkę?). „Ale przecież… - duka UPR-owiec – pieniądze z prywatyzacji… na emerytury… - łzy jak grochy już leją się po koszuli – … no i weterynarze!!” krzyczy desperacko, lecz daremnie. Bo wszyscy już wiedzą, że Wielkie Łu – najwyższy w ustalonym zakresie kompetencji organ państwowy – uznał owego osobnika za działającego na szkodę (taką ogólną), ohydnego wstrętnego pajaca bez krztyny szacunku, wyobraźni, poczucia humoru i jeden szatan wie czego jeszcze.
Dziennikarze odzyskawszy grunt pod nogami – odzyskują rezon. Redaktor Leszek Mazaj, spod byka, z kpiarskim uśmiechem na ustach stawia retoryczne pytanie: „ciekawe czy w sprawie własnego posła poglądy prezesa UPR na karę śmierci są równie radykalne?”. Społeczeństwo jest szczęśliwe, a Trybunał może zajmować się sądzeniem występujących przeciwko racji stanu. A kto wie, co było w zawiniątku szamana – może za pomocą e-maila wygrać cenne nagrody rzeczowe.
Uściski,
megakot


Komentarze
Pokaż komentarze (9)