Nagłaśniany przez Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami problem kastracji (sic!) kocurów i sterylizacji kotek nabrał niespodziewanie wyraźnych konturów tam, gdzie wszystko jest zwyczajowo zamazane i niejasne – pod Krakowem.
Mówiąc krótko, w Liszkach (znów sic!) zalągł się, a następnie wybił na niepodległość, „panter” (lub lew, lub tygrys, ustalenia trwają). Problemu, de facto, nie ma. Mieszkańcy deklarują, że zwierza się nie boją. Kociak, podobno, schował się w kukurydzy i tkwi w przestraszeniu. Od biedy można by nawet zrobić z tego jakąś kampanię promocyjną dla gminy. Sęk jednak w tym, że Premier Zwierząt zasadził się na pograniczu administracyjnym, czym zapoczątkował dyskusję, która gmina ma sfinansować odstawienie go, tam gdzie jego miejsce.
Co więcej, nie wiadomo czyj, w sensie instytucjonalnym, jest panter. Gminy kręcą nosem, bo niby bezdomne zwierzęta to są ich kompetencje, ale Panie, kuźwa, Syjamskie, Norweskie Leśne, Persy, niech no będą i Maine-Coony, choć to wielkie świniaki są, nawet Azor urwany z uwięzi niech będzie… ale lew? A poza gminami chętnych nie ma. Sakramentalne pytanie „co na to premier” nie pada. (Weteryniorz wykpił się prosto: jest wścieklizna? Nie. No to z czym do mnie?).
I w zasadzie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że wiem skądinąd, że ww. stworzenie to nie kto inny jak megapanter – kuzyn, którego rzeczywiście dawno nie widziałem, nie sądziłem jendak, iż desperacja mogła doprowadzić go aż do Krakowa (czy pija już absynt w Prowincji?).
Weźcie to pod uwagę, drodzy liszanie. Być może „Samurai can shit a Lion” (por. http://pl.youtube.com/watch?v=NBI4v40zLFE o dczasu: 1:07) ale co innego lew co innego megapanter.
Uściski,
megakot


Komentarze
Pokaż komentarze (3)