Wybory wyborami. kampania w swojej żałosnej postaci się toczy. Niedługo pójdziemy, lub nie, do urn i zakończymy okres w którym "wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest".
A może komuś rzuciła się w oczy pierwsza strona "Dziennika"? Ciekawy tytuł: "Sztuczne życie o krok". Dr J. Craig Venter zbudował sztuczny chromosom. Podobnie jak 99% Szanownych Salonowiczów nie mam pojęcia ani co to dokładnie jest, ani jak to zrobił, ani do czego nas to doprowadzi. I pomijam fakt, że informacje z ciekawej dziedziny nauki jaką jest genetyka często okazywały sie mistyfikacją. Kilka osób i organizacji już nie raz chwaliło się sklonowaniem człowieka czy innymi cudami, które delikatnie mówiąc okazywały się nieprawdziwe. Czy ów sztuczny chromosom faktycznie został wszczepiony do bakterii i co na to bakteria przeczytamy w "Nature". Ale ja nie o tym.
Ciekawie wyglądaja obietnice wszystkich stron wyborczej debaty w sprawie nakładów na naukę. Wszyscy będą je zwiekszali. Jak miło :) Oczywiście wszyscy dadzą podwyżki pielęgniarkom, nauczycielom, lekarzom, strażakom i każdemu, kto akurat nawinie się pod rękę. Ale nakłady na naukę wydają się stanowić poważną część programów wszystkich partii. A tymczasem...
A tymczasem nasze wydatki na badania i rozwój (B+R) oscylują w granicy 0,60% PKB. Od wielu lat i bez względu na to kto trzyma władzę. Z budżetu idzie na to 0,35% PKB (około). Czy to dużo czy mało? Dla porównania, średnie, sumaryczne wydatki na B+R we wszystkich państwach Unii wynosiło 1,93% PKB (dane z 2001, jeśli ktoś ma linka do bardziej aktualnych to poproszę). W Stanach Zjednoczonych to około 2,6%, w Japonii ponad 3%. A z naszego podwórka krajów tzw. demoludów: Węgry prawie 1%, Czechy 1,3%. Dlaczego o tym piszę? I dlaczego to takie ważne?
Dlatego że nasz wydatki rzędu 0,60% PKB wystarczają zaledwie na przetrwanie nauki jako takiej. Na zupełnie podstawowe wydatki. A to oznacza że nasz potecjał rozwojowy corocznie się kurczy. Gonimy kraje Unii pod względem PKB, gonimy je w kwestii poziomu życia, dostępu do Internetu, usług itd. Problem w tym, że wszystkie technologie importujemy. Ktoś zapyta co za różnica? A taka że w obecnym świecie zarabia się na towarach wysokoprzetworzonych. W tym na wyskorozwinietych technologiach. Popatrzcie w ilu dziedzinach nie liczymy się na świecie. Choćby komputer przed którym siedzicie nigdy w Polsce by nie powstał. Dlaczego? Nie dlatego że brakuje specjalistów którzy są w stanie zaprojektować mikroprocesor. Dlatego że brakuje środków na badania takiego projektu i wdrożenia go do produkcji. Ktoś powie że mamy mały PKB w porównaniu do USA chociażby?
Mamy. Oczywiście że tak. Ale problem tkwi gdzie indziej. W krajach bardziej zaawansowanych technologicznie jedynie około 1/3 środków na B+R idzie z budżetu państwa. Reszta to badania prywatne, sponsorowane przez koncerny. W Polsce proporcje wynoszą mniej wiecej pół na pół. Dlaczego w naszym kraju mało która firma prowadzi badania? Dlaczego centra badawcze zakładają u nas takie firmy jak Microsoft przed którym 90% w Was teraz siedzi? To sugeruje że specjalistów mamy. Wiec dlaczego potrzebny jest do tego Bill Gates? Szanowni politycy?
Gdzie będzie Polska za 20 lat? Pod względem naukowym tu gdzie teraz. A któregoś dnia zabraknie nam pieniedzy na importowanie nowych technologii. Dlaczego dla nikogo nie stanowi to problemu? Dlaczego przyszłość moich dzieci jest mniej interesująca w tej kampanii niż nijaka Saba, suka marszałka Sejmu? Dlaczego tak ważna jest kwestia pożółkłych papierów z IPN a nikogo nie interesuje że niedługo będziemy musieli importować energię elektryczną? Dlaczego kilka milionów PLN pójdzie na sejmowe ogrodzenie a nie na naukę? Drodzy, dosłownie, politycy. Możecie się kłócić o to kto był agentem a kto poszkodowanym. Czy marszałkowska suka ma chodzić po sejmie czy warować przed wejściem. Czy oni stoją tam gdzie ZOMO i czy 13 grudnia był klęską czy zbawieniem. W imieniu moich dzieci, przyszłych ;), proszę. Ważne sprawy oddajcie w ręce specjalistów. Póki jeszcze tu są.
i jeszcze jedna kwestia z kampanii wyborczej. Darmowe studia. Coś takiego nie istnieje. Kształcimy specjalistów w różnych dziedzinach. Lekarzy, archeologów, inżynierów, socjologów, architektów. Co z tego mamy? Koszty. Może ktoś wie, ile kosztuje wykształcenie kardiologa? Ładujemy całą masę srodków w specjalistów, którzy już na studiach deklarują że wyjadą na zachód. Nie mam nic przeciwko temu. Niech jadą i tam żyją w dostatku i chwale! Ale niech zwrócą mi pieniądze które w nich zainwestowałem. Lub tak jak to jest w owych bogatszych krajach odpracują "darmowe" studia w państwie które wyłożyło pieniadze na kształcenie danego delikwenta. I dla społeczeństwa które w tym państwie żyje i płaci podatki. I nie mówcie że nie ma pracownika z niewolnika. Taki system działa np. w USA. Panstwie jakby stojącym na wyższym poziomie rozwoju technologicznego niż my.
Ostatnią kwestią naraziłem się studentom. Wiem. Ale spytajcie swojego dziekana ile kosztuje podatników zrobienie z Was magistra lub inżyniera. a jeśli już spytacie, to poproszę o takie dane. Do badań :)
ciao :*


Komentarze
Pokaż komentarze (5)