mesko mesko
688
BLOG

Patriotyzm...po amerykańsku.

mesko mesko Polityka Obserwuj notkę 8

Panie Premierze Polski proszę posłuchać, o tym, co to jest Patriotyzm.  Nikt nie każe Panu wywoływać wojny z Rosją. Wytarczy nieco Honoru.

 

Kiedy się spotkaliśmy, wydawałeś się niemal zdumiony heroiczną sprawnością i godną podziwu solidarnością, z jaką Amerykanie stawili czoło tej Apokalipsie. O, tak. Mimo wad, które są jej bez przerwy wytykane i które ja sama jej wyrzucam (pomimo że europejskie, a zwłaszcza włoskie, wady są jeszcze bardziej poważne), Ameryka jest krajem, który może nauczyć nas wielkich rzeczy. Ŕ propos tej heroicznej sprawności, pozwól mi wyśpiewać pean na cześć burmistrza Nowego Jorku. Tego Rudolpha Giulianiego, któremu my, Włosi, powinniśmy dziękować na klęczkach. Ponieważ nosi włoskie nazwisko, z pochodzenia jest Włochem i przed całym światem wystawia nam najlepsze świadectwo. To wielki, naprawdę bardzo wielki burmistrz ten Rudolph Giuliani. Mówi ci to osoba, która nigdy nie jest zadowolona z niczego i nikogo, poczynając od siebie samej. Jest godny innego wielkiego burmistrza o włoskim nazwisku - Fiorella La Guardia - i wielu naszych burmistrzów powinno się zgłosić do niego po lekcję. Stanąć przed nim z pochyloną głową, posypać ją sobie popiołem i spytać: "Panie Giuliani, jak to się robi?". On nie zrzuca na nikogo swoich obowiązków. Nie traci czasu na pierdoły i na podział łupów. Nie dzieli własnej osoby na funkcję burmistrza, ministra i posła. (Czy ktoś mnie słucha w trzech miastach Stendhala, czyli w Neapolu, Florencji i Rzymie?). Pojawił się natychmiast i kiedy wbiegł do drugiego drapacza chmur, ryzykował, że wraz z innymi zamieni się w proch. Uratował się przez przypadek, o włos. I w ciągu czterech dni przywrócił miasto do życia. Miasto, które - pamiętaj! - ma dziewięć i pół miliona mieszkańców, prawie dwa miliony na samym Manhattanie. Jak tego dokonał, nie wiem. Biedak, jest chory jak ja. Rak ze swoimi nawrotami dorwał również jego. I tak jak ja udaje, że jest zdrowy - pracuje mimo wszystko. Ale ja pracuję przy stoliku, na siedząco, do diabła! A on... Wyglądał jak generał, który osobiście bierze udział w bitwie. Jak żołnierz, który rzuca się z bagnetem do ataku. "Do roboty, ludzie! Zakaszmy rękawy, szybko!". Ale udało mu się, ponieważ ci ludzie byli, są tacy sami jak on. Ludzie, którzy nie znają znużenia, gnuśności, ludzie - jak by powiedział mój ojciec - z jajami. Co do niezwykłej jedności, niemal wojennej zwartości szeregów, którą Amerykanie demonstrują wobec tragedii i wobec wroga, to cóż - muszę przyznać, że zaskoczyła ona mnie samą. Owszem, wiedziałam, że dała o sobie znać w okresie Pearl Harbor, czyli wtedy, gdy naród skupił się wokół Roosevelta, a Roosevelt podjął walkę z hitlerowskimi Niemcami, z Włochami Mussoliniego i z Japonią cesarza Hirohito. Owszem, poczułam ją po zabójstwie Kennedy?ego. Ale potem była wojna w Wietnamie, rozdzierające podziały wywołane wojną w Wietnamie i w pewnym sensie to przypomniało mi ich wojnę secesyjną sprzed półtora wieku. I tak, kiedy zobaczyłam, jak biali i czarni obejmują się i wspólnie płaczą (powtarzam: obejmują się), kiedy widziałam, jak demokraci i republikanie obejmują się i śpiewają "God save America" (Boże, ocal Amerykę), kiedy widziałam, jak zacierają wszystkie różnice, oniemiałam. To samo, kiedy usłyszałam, jak Bill Clinton (osoba, do której nigdy nie miałam słabości) deklaruje: "Zacieśnijmy szeregi wokół George'a Busha, ufajcie naszemu prezydentowi". To samo, kiedy te same słowa powtórzyła dobitnie jego żona Hillary, obecnie senator stanu Nowy Jork. To samo, kiedy powtórzył je Lieberman, były kandydat Demokratów na wiceprezydenta. (Tylko przegrany Al Gore trwał w sromotnym milczeniu). I to samo, kiedy Kongres jednomyślnie przegłosował wojnę, ukaranie winnych. Ach, gdyby tak Włochy zechciały wyciągnąć z tego naukę! Włochy są tak podzielone. Tak rozbite, tak zatrute swoimi plemiennymi małostkami! We Włoszech nienawidzą się nawet przedstawiciele tej samej partii. Nie umieją być razem nawet wtedy, gdy mają ten sam emblemat, ten sam symbol, do diabła! Zawistni, zgorzkniali, próżni, mali, myślą wyłącznie o swoich prywatnych interesach. O swoich marnych karierach, o swojej nędznej chwale, o swojej lokalnej wielkości. Dla osobistych interesów robią sobie nawzajem na złość, zdradzają się, oskarżają, kurwią... Jestem absolutnie przekonana, że gdyby Osama ben Laden wysadził w powietrze wieżę Giotta [należącą do katedry we Florencji - przyp. tłum.] albo wieżę w Pizie, opozycja oskarżyłaby o to rząd. A rząd oskarżyłby opozycję. Szefowie rządu i opozycji oskarżyliby własnych kolegów i towarzyszy. A teraz pozwól sobie wytłumaczyć, skąd bierze się ta jedność, która cechuje Amerykanów.

Rodzi się z ich patriotyzmu. Nie wiem, czy we Włoszech widzieliście i zrozumieliście to, co wydarzyło się w Nowym Jorku, kiedy Bush poszedł podziękować robotnikom (i robotnicom), którzy przeszukując zgliszcza obu wież, usiłują ocalić żywych ludzi, lecz wykopują jedynie nosy i palce. A jednak nie ustępują. Nie rezygnują. A kiedy spytasz ich, jak to robią, odpowiedzą: "I can allow myself to be exhausted not to be defeated" (Mogę sobie pozwolić na zmęczenie, ale nie na porażkę). Wszyscy. Młodzi, nieletni, starzy, w średnim wieku. Biali, czarni, żółci, brązowi, fioletowi... Widzieliście czy nie? Kiedy Bush im dziękował, machali tylko amerykańskimi sztandarami i wznosili zaciśnięte pięści z groźnym pomrukiem: "Ju-e-sej! Ju-e-sej! Ju-e-sej! USA! USA! USA!". Gdyby chodziło o kraj totalitarny, pomyślałabym: "Ale ich dobrze zorganizowali!". Jednak nie w Ameryce. W Ameryce takich rzeczy się nie organizuje. Nie nakazuje się ich, nie zarządza. Zwłaszcza w metropolii tak bardzo pozbawionej złudzeń jak Nowy Jork, w której mieszkają tacy robotnicy jak nowojorscy. Robotnicy nowojorscy to wyjątkowe typy. Bardziej wolni od wiatru, nie do utrzymania. Nie słuchają nawet swoich związków zawodowych. Ale spróbuj tknąć ich flagę, Ojczyznę... W języku angielskim nie ma słowa "Ojczyzna". Żeby powiedzieć "Ojczyzna", trzeba złożyć dwa słowa, np. Father Land, Ziemia Ojców. Mother Land, Ziemia Macierzysta. Native Land, Ziemia Rodzinna. Albo powiedzieć po prostu My Country, Mój Kraj. Ale rzeczownik "patriotism" istnieje. Przymiotnik "patriotic" istnieje. I oprócz Francji chyba nie umiem wyobrazić sobie bardziej patriotycznego kraju niż Ameryka. Ach! Tak bardzo się wzruszyłam, widząc tych robotników, którzy zaciskając pięści i pomachując flagą, warczeli "Ju-e-sej! Ju-e-sej! Ju-e-sej!", choć nikt im tego nie kazał.I odczułam coś w rodzaju upokorzenia, ponieważ robotników włoskich, którzy powiewają własną trójkolorową flagą i pomrukują "Italia! Italia!", jakoś nie umiem sobie wyobrazić. Na pochodach i wiecach widziałam, jak wymachują czerwonymi flagami. Rzeki, jeziora czerwonych sztandarów. Ale trójkolorowych sztandarów widziałam bardzo niewiele. Ani jednego. Źle kierowani lub tyranizowani przez arogancką lewicę oddaną Związkowi Radzieckiemu trójkolorowe flagi zawsze pozostawiali wrogom. A wrogowie nie robili z nich raczej dobrego użytku. Dzięki Bogu nie zrobili z nich również złego. A ci, którzy chodzą na mszę, to samo. A cham w zielonej koszuli i pod zielonym krawatem w ogóle nie wie, jakie są te trzy kolory: "Jestem Lombardczykiem!". On chciałby nas cofnąć do czasu wojen pomiędzy Florencją a Sieną. W rezultacie włoskie flagi widać dziś tylko na olimpiadzie, jeżeli przypadkiem uda się zdobyć jakiś medal. Co gorsza, widać je na stadionach podczas międzypaństwowych meczów piłkarskich. Jest to zresztą również jedyna okazja, żeby usłyszeć okrzyki: "Italia! Italia!".

Ech! Istnieje duża różnica pomiędzy krajem, w którym flagą Ojczyzny wymachują tylko chuligani na stadionie, a krajem, w którym powiewa nią cały naród. Na przykład niepokorni robotnicy, którzy drążą zgliszcza, żeby wydobyć jakieś ucho czy nos ludzi zamordowanych przez synów Allaha. Lub po to, żeby zebrać tę zmieloną kawę.

 

Oriana Fallaci "Wściekłość i duma"

mesko
O mnie mesko

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka