28 obserwujących
299 notek
409k odsłon
  139   0

Cenzura. Polska Tybetem w Europie. Дозв&

Nie przypadkiem wolność słowa jest jednym z najważniejszych konstytucyjnych praw amerykańskiej demokracji. Najoczywistszym znakiem totalitaryzmu jest cenzura. Za czasów zaborów, w zaborze rosyjskim, czerwona pieczątka:

Дозволено Цэнзурою

była symbolicznym znakiem niewoli. Po drugiej wojnie światowej, wraz z totalitarną władzą moskiewskiego komunizmu cenzura wróciła. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, w Warszawie, ul. Mysia 2 był jednym z najpoważniejszych urzędów centralnych. Jedynym celem jego istnienia było trzymanie Polaków za mordę. Każdy, najmarniejszy spłachetek papieru nie mógł być zadrukowany bez zgody tego urzędu. Zaproszenia na ślub i wesele, ogłoszenie koncertu fortepianowego, widokówki, każdy artykuł i podpis pod zdjęciem w gazecie, każda ilustracja i fotografia, bez względu na treść, nawet urzędowe pieczątki. Wszystko. Muzyka także, nuty, partytury, płyty. Opakowania na pończochy, pudełka zapałek, napisy, szyldy i drogowskazy. Współczesna czterdziestoletnia młodzież nie pamięta czasów, kiedy najlepszej muzyki rozrywkowej Polacy mogli słuchać tylko w radiu Luxemburg. Dzisiaj już trzydziestoparoletnia młodzież zupełnie tego nie pamięta. Nie pamiętają młodzi ludzie czasów, w których cenzura była pierwszym symbolem niewoli.

Nie wolno było pisać nic, bez kontroli urzędników. Wszystko musiało być

Дозволено Цэнзурою

 

Wszystko. Maszyny do pisania, wszelkie powielacze i kopiarki, każda z tych maszyn musiała być zarejestrowana. Cenzura była śmiertelnie poważnym urzędem, posługiwała się ogromnym stosem zapisów, które były tajnym zbiorem zakazów i instrukcji – co wolno, a co jest zakazane. Były zapisy na autorów. Tak jak dzisiaj w 2008 roku, jest zapis na Waldemara Łysiaka. Facet publikuje, wydaje książki w wielotysięcznych nakładach, ludzie to kupują, czytają. Ale w telewizji, gazetach, w żadnej oficjalnej prasie, ani w konkursach i rankingach o jego książkach nigdzie ani słowa. W wieku XIX w czasie zaborów, w czasach wojen i sowieckich totalitaryzmów, gdy wszystko musiało być


Дозволено Цэнзурою

 

zakaz był totalny. Zakazanego autora nigdzie nie miało prawa być, zakazane było także posiadanie jego dzieł, policje i milicje szukały, robiły rewizje, za znalezienie zakazanych dzieł groziły wieloletnie kary więzienia. Za posiadanie nawet pojedynczych artykułów w zagranicznych gazetach, ujawnionych przez celników w podręcznym bagażu groziła konfiskata, a łatwo można było wylądować na dołku w jakimś areszcie. Ale w najciemniejszych czasach ludzie czytali zakazane wydawnictwa. Czasem gdzieś komuś coś ocalało z dawnych czasów, kiedy jeszcze można było czytać Artura Oppmana, Antoniego F. Ossendowskiego, Marię Rodziewiczówną, Mariana Hemara albo Melchiora Wańkowicza, a nawet „Strzępy Meldunków” Sławoja Składkowskiego, którego egzemplarz znalazł mój ojciec w bibliotece jakiegoś SS-mana, porzuconej po ich ucieczce przed nacierającą Armią Czerwoną.

Ojciec znalazł wtedy wiele polskich książek, porozrzucanych i wdeptanych w ziemię. Prawie wszystkie były później, w „Polsce Ludowej” zakazane. Czytałem je w dzieciństwie, nie wiedząc, że są zakazane, że nie wolno ich drukować, czytać, ani nawet mieć w bibliotece. W bibliotekach takie książki stały na półkach prohibitów.

Brak było czerwonej pięczęci.

 

Дозволено Цэнзурою

 

A były różne zapisy, czasem idiotyczne, czasem dziwaczne. Zapisy na utwory, na konkretne fragmenty tekstów, czasem zabronione było publikowanie samego nazwiska osoby. Czasem wolno było drukować utwory autora, o którym zabronione było pisanie, nawet wspominanie. Perfidia, chamstwo i łajdactwo ludzi, którzy mieli absolutną administracyjną władzę, by czynić z życia twórców piekło.

 

Pamiętam, moja Babcia, matka mojego ojca, jeździła po Warszawie opiekując się pisarzami, dziennikarzami albo aktorami, którzy przeżyli wojnę, czasem już w bardzo podeszłym wieku. Zajmowała się zorganizowaną, choć zupełnie prywatną i całkowicie spontaniczną opieką nad ludźmi sztuki, o których Polska Rzeczpospolita Ludowa nie chciała słyszeć. Ludźmi, na których był zapis. Pamiętam, babcia wykorzystywała mnie wtedy do „konserwowania i napraw odbiorczej aparatury radiowej służącej artystom do słuchania Radia Wolna Europa”. Babcia kontynuowała w ten sposób swoją pracę z czasów wojny, a nawet i wcześniejszą. Gdy powróciła (1924) z Syberii, z wieloletniego zesłania, jej pierwszą i ostatnią pracą był polski Penclub.

 

Tłumaczyła mi na czym polega niezwykle destrukcyjna siła cenzury, jakie jest jej jądro. Mówiła, całe łajdactwo cenzury bierze się z tego, że ona jest. Nic więcej nie trzeba. Wystarczy komukolwiek, nawet porządnemu człowiekowi dać odrobinkę, ciut, ciut prawa do decyzji administracyjnej, samodzielnej władzy i dowolne, nawet najpiękniej sformułowane kryterium, a za moment pojawi się prawdziwe łajdactwo. Nieuchronny chichot najgorszych diabłów z najbardziej przegniłych szamb w zapomnianych czeluściach jam piekielnych. Przez nikogo nie kontrolowane prawo do uznaniowej decyzji administracyjnej, podejmowanej tajnie, bez prawa obrony. Jest to reguła sądu kapturowego. W drugiej Rzeczpospolitej, w Polsce przedwojennej była cenzura, ale podlegała ona kontroli sądowej, od decyzji cenzorskich istniała droga sporu, rozstrzyganego przez arbitra.

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale