Dzięki nieocenionemu prezydentowi Kwaśniewskiemu przypomniała się znów kwestia stylu w polityce. Oczywiście wpadki Aleksandra Kwaśniewskiego nie rozgrzeszają niezręczności popełnianych przez polityków, którzy dziś kierują polską polityką zagraniczną. Szkoda czasu na wyliczanie, czy obrazowi Polski zagranicą bardziej szkodzą niektóre wypowiedzi obecnego premiera czy prezydenta, czy też byłych premierów i prezydentów. Po prostu kategoria „kompromitowania Polski zagranicą" jest fałszywa. Zakłada bowiem, że nasza polityka zagraniczna powinna być taka, by się wszystkim podobać, nie zaś realizować skutecznie nasze cele.
Idealnie by było oczywiście, gdyby udało się pogodzić obronę racji stanu z dobrym wizerunkiem. Ale za sprawą krytyków obecnego rządu mamy teraz wyłącznie wybór rozłączny (dyzjunkcję) - albo skutecznie, albo ładnie. W niezliczonych zagranicznych wywiadach Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Geremka, (czy to przypadek, że związanie są z Lid), Tadeusza Mazowieckiego (który Demokratów jednak na dobre opuścił) czy Lecha Wałęsy (sygnatariusza apelu w obronie demokracji wspólnie z wyżej wymienionymi) dominuje estetyczne podejście do dyplomacji. Ma być przede wszystkim miło i ładnie, podstawowy zaś zarzut wobec braci Kaczyńskich jest taki, że za ich sprawą nie jest ładnie, nie jest miło, a w dodatku jest jeszcze wstyd.
Z drugiej strony w efekcie działań rządu PiS polskie argumenty zaczęły być rzeczywiście słuchane, lecz niekiedy można odnieść wrażenie, że prócz skuteczności w polityce zagranicznej działa jeszcze zasada złośliwości - jeśli można przy okazji doprowadzić do spięcia, awantury i konfliktu tym lepiej.
Nie jest moim celem szczegółowa analiza polityki zagranicznej, problem leży jednak w czym innym - w tym, że różnica pomiędzy dawną a obecną polityką zagraniczną sprowadza się niekiedy do kwestii stylu. Z jednej strony mamy do wyboru upudrowanych lalusiów w świetnie skrojonych garniturach, mówiących obcymi językami, potrafiącymi się wszędzie dobrze odnaleźć, mających rozmaite kontakty (nie jest przypadkiem właśnie sojusz Lewicy i Demokratów - to właśnie postkomuniści wraz ze środowiskiem dawnej Unii Wolności zdobyły sobie w Polsce monopol na kontakty zagraniczne - dlatego też nic dziwnego, że oni mają monopol na dostęp do zagranicznych mediów). Z drugiej strony kreowany jest obraz spoconych facetów, z brudnymi paznokciami, w znoszonych garniturach o kroju z początku lat 90tych, walących w pysk zagranicznych dyplomatów, gdy podają im słuchawki, ponieważ nie rozumieją słowa w żadnym języku. Kłopot w tym, że ten obraz jest całkowicie wykreowany, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Historię tej kreacji warto prześledzić to na przykładzie trzech polskich prezydentów, zaczynając od obecnego. Nie wiem jak udało się stworzyć z żoliborskiego profesora, znającego kilka języków obcych przywódcę populistycznej partii, na którą głosują ludzie biedni i niewykształceni - obowiązkowo ze wsi. Lech Kaczyński zawsze świetnie się ubierał, lubił kontakty towarzyskie, potrafił prowadzić również kurtuazyjne rozmowy. Kreacją jest wizja jego jako potwora, zaściankowego katolickiego nienawistnika. Dość wspomnieć, że pod całym tumultem polsko-niemieckiej wrogości, wiele wskazuje, że Lech Kaczyński zaprzyjaźnił się w Juracie z Angelą Merkel.
Po drugie Aleksander Kwaśniewski. Światowiec, Europejczyk, uwielbiający luksus i znajomości. Znający języki i czujący się doskonale na każdym salonie, przyjaźniący się z Angelą (Merkel) i Georgem (Bushem). Co kryje się za tym splendorem? Knajactwo, drobne oszustwa (jak z wykształceniem), polityczny cynizm, i cholerna słabość charakteru (objawiająca się permanentnym tyciem i publicznymi pijaństwami).
A pierwszy prezydent Lech Wałęsa? Warto pokazać tylko jedno - różnicę między nim dzisiaj a kilkanaście lat temu. Gdy Wałęsa kompromitował młodą polską demokrację szalonymi wypowiedziami i zachowaniami zagranicą, nikt go wówczas nie krytykował - wszak widziano w nim prostego robotnika, od którego nie wymaga się salonowej ogłady. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, ze leżąc na śmietniku historii Wałęsa skazany będzie na śmieszność i poparcie 1,5% w kolejnych wyborach prezydenckich. Dziś jest jednak inaczej, wyciągnięty z obrzeży jest dziś czołowym komentatorem, zbija punkty popularności dzięki temu, że bezpardonowo krytykuje Kaczyńskich. Skompromitowany, wyśmiany powrócił od razu jako wielki autorytet. Duża w tym zasługa Aleksandra Kwaśniewskiego, któremu na rękę jest elitarny klub byłych prezydentów niż niszczenie swego byłego i pokonanego konkurenta.
W Kijowie mieliśmy dobry przykład na czym polega wybór - czy europejska elita, wygłaszająca zamiast wykładu brednie „po kielichu". Z drugiej zaś polityka zagraniczna - niekiedy zaskakująca, czasem przaśna, ale na dłuższą metę walcząca o dobro Polski a nie o swoją pozycję na salonach. Czy jesteśmy skazani na taki wybór zawsze? Niestety nie wygląda na to, by PO miała pomysł na trzecią drogę. Wypowiedzi Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska raczej idą w kierunku pierwszym, Jana Rokity w drugim.
Więc polska polityka zagraniczna znów będzie w centrum uwagi. Będzie ciekawie!


Komentarze
Pokaż komentarze (77)