Wbrew większości komentatorów uważam, że nie ma jednoznacznego zwycięzcy. Z jednej strony piarowsko świetnie wypadł Tusk. Śmiał się, był rozluźniony, spontaniczny. Jeśli wyborcy to kupią - jest do przodu (choć mi chwilami przeszkadzał jego rechot). Z drugiej strony premier był jakiś spokojniejszy, jak starszy kolega, który strofuje młodszego. Też się dużo śmiał, ale brakowało mu spontaniczności. Premier - zgoda z wieloma komentatorami - nie potrafił wyegzekwować odpowiedzi na swoje niektóre dobre pytania, które byłyby kłopotliwe dla Tuska. Dlatego powstawało wrażenie, że to Tusk jest w ofensywie, premier zaś jest zmęczony, a jego „czas minął".
Niestety potwierdziło się to, co przepowiadałem koło 17 w TokFM - debata w ogóle nie była merytoryczna, lecz wizerunkowa. Dlatego można mówić o zwycięstwie Tuska. Nikt się nie spodziewał rzeczowej dyskusji i takiej nie było. Nie tylko przewodniczący Tusk powtarzał formułki - właściwie niczego nowego nie dowiedzieliśmy się też od premiera Kaczyńskiego. Po co w ogóle była ta debata? Jeśli sztab PiS myślał, że ją wygra - bardzo się pomylił. Jeśli sztab Tuska uważał, że doprowadzenie do debaty z premierem cokolwiek zmieni - chyba też nie osiągnął swojego celu. Co by było merytorycznym kryterium wygranej debaty? Lepszy program? Przecież w tej debacie znaliśmy już dobrze wszystkie ciosy, wszystkie bloki i odparowania. Żadnych nowych elementów. Dlatego przegrali wyborcy. I znów Polski żal!


Komentarze
Pokaż komentarze (51)